..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
   » Ogólne

   » Rozgrywka

   Szukaj
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

Powinność Żołnierza


Do komendanta fortu Wierna
Glronda Amrada

W okolicach wschodniego dopływu rzeki Linsk giną bez wieści karawany. Ludzie z okolicznych wsi donoszą o silnej bandzie mutantów przebiegającej góry. Wyślijcie wzmocniony oddział zwiadowczy. W jego skład mają wejść przysłani ludzie.
Pozdrowienia i wyrazy szacunku.

Jego Godność J.M. Mawelick komendant Kislevu.




1.
Wymarsz.


Jego Godność Glrond Amrad przeczytał list dwukrotnie, zmiął go i ze złością cisnął w kąt swego skromnego gabinetu.
Jak on śmie! Gdyby nie Amrad, Mavelick nigdy nie dochrapałby się komendantury Kislevu. To on, a nie ten parszywy pies powinien mieć ten urząd. A teraz ten list. Nie dość, że nie raczył nawet ukryć rozkazującego tonu to jeszcze podjął za niego decyzję, decyzję o tym jak powinien zareagować! Co on może wiedzieć o terenie drugiego dopływu Linsk? Nie dał mu żadnego wyboru. A najgorsze było to, że musiał posłuchać i wypełnić rozkazy tego śmiecia!


***


Na pustkowiach Kislevu dął dziki wiatr niosąc ze sobą niewidzialne drobinki spaczeni. Deszcz lał się strugami. Zapadał zmrok. W ciemnościach migotały słabo płomyki pochodni na wieżach strażniczych Wiernej.
Wierna była małym, oddalonym od reszty świata garnizonem. Drewniana, świeżo postawiona na miejsce starej palisada, ostrymi zębami wżynała się w ciemne niebo. Budynki postawiono z kamieni, których nie brakowało na okolicznych polach, były zimne i wilgotne. Dachy, co było wielką rzadkością w tych okolicach, kryte były czerwoną dachówką. Tylko wojsko mogło sobie pozwolić na taki wydatek.
Na dziedzińcu, w strugach deszczu i błocie, rozebrani do pasa, walczyli dwaj mężczyźni. Mimo fatalnej pogody wokół nich tłoczył się tłumek legionistów różnego stopnia i formacji. W ciszy i skupieniu obserwowali walkę dwóch świetnych wojowników.
Wysoki, smagły mężczyzna podchodzący pod pięćdziesiątkę dzierżył w dłoniach dwa owinięte grubymi szmatami, krótkie miecze gwardyjskie. Krążył pochylony wokół drugiego, niższego i bardziej barczystego legionisty wymachującego halabardą. Wspaniała ta broń, wykuta przez krasnoludzkiego mistrza, miała dość krótki jak na halabardę, mocny drzewiec wykonany z czarnego dębu. Podobnie jak ostrza mieczy, także i ostrze halabardy owinięte było gałganami.
Wyższy z walczących, Hest, wyprysnął do przodu mierząc jednym z mieczy w bok przeciwnika. Halabardnik sparował pchnięcie tępym końcem drzewca, zawinął bronią w powietrzu z niewiarygodną wprost gracją i szybkością i ciął mierząc w głowę Hesta. Miecznik zablokował potężne uderzenie lewym mieczem i wirując prześlizgnął się pod ramieniem przeciwnika. Halabarda szybko zmieniła kierunek ruchu i uderzyła tępym końcem drzewca w brzuch miecznika. Hest nie drgnął, choć cios był bez wątpienia bolesny. Uśmiech na twarzy halabardnika zaczął znikać w miarę jak ten uświadamiał sobie, że na jego barku spoczywa jedno z ostrzy przeciwnika.
-Paskudny cios.- przyznał po chwili milczenia i uśmiechnął się szczerze.
-Wygrałem.
-Wygrałeś przyjacielu.
-Nie chciałeś mnie słuchać Ehbet .- powiedział Hest.- Halabarda jest dobra w bitwie, ale nie w pojedynku.
-Miałeś szczęście. Tyle.- skwitował już bez uśmiechu halabardnik.
Tłumek zaczął się powoli rozchodzić i stali na środku placu prawie sami. Dwaj podoficerowie kłócili się dość często, ale nigdy nie trwało to długo. Wszystkie kwestie sporne i napięcia łagodziły takie jak ten pojedynki. Komendant garnizonu nie protestował przeciwko tego typu sposobom rozwiązywaniu konfliktów tak długo, jak długo były one bezkrwawe. Poza tym trochę rozrywki w połączeniu z nauką szermierki, przydawało się od czasu do czasu żołnierzom.
-Ehbet, Hest! Do mnie!- krzyknął z balkonu komendant i skrył się w ciemnym wnętrzu swego gabinetu.


***


Po chwili dwaj zmoknięci i umazani błotem gwardziści, wciąż jeszcze dyszący, z bronią w ręku, stali wyprężeni przed przełożonym.
-Dostałem rozkazy z Kislevu.- zaczął bez wstępów Amrad.- Od samego komendanta Mawelicka. W okolicach wschodniego dopływu Linsk panoszy się silna banda mutantów. Najprawdopodobniej zniszczyli kilka karawan. Dostałem polecenie by wysłać w te okolice silny oddział zwiadowczy. Jak się domyślacie waszym zadaniem nie będzie tylko zwiad. Chcę zobaczyć czerep przywódcy tej bandy zatknięty na twojej halabardzie Ehbet.
-Wybierzcie najlepszych ludzi. Macie do wyboru wszystkich jakich tu mamy.- kontynuował.- oddział ma liczyć pięćdziesiąt głów. Połową dowodzisz ty Hest, połową ty Ehbet. A i jeszcze coś. Dostaniecie wsparcie.
Z ciemnego kąta gabinetu wyłoniła się smagła sylwetka łucznika.
-To jest Io’nor. Dowódca oddziału dziesięciu łuczników przysłanych nam z Kislevu. Pójdą z wami.
Ehbet skrzywił się. Dowódca łuczników był półelfem.
-Nie potrzebuje żadnych łuczników w moim oddziale komendancie. Wystarczy mi moich pięciu kuszników.
Komendant miał wielką ochotę powiedzieć podoficerowi gdzie ma jego potrzeby, ale powstrzymał się. Ehbet był dobrym żołnierzem i rzadko miewał humory. Jeśli mówił, że nie potrzebuje to znaczyło, że lepiej dla wszystkich będzie jeśli ich nie dostanie.
-A skąd pomysł, że ich dostaniesz Ehbet?- zapytał spokojnie Amrad.- Póki co ja tu dowodzę i ja przydzielam ludzi.
-Hest, ty dostaniesz łuczników.- kontynuował.- Wszyscy kusznicy idą pod Ehbeta. Wyruszacie jutro rano. Przed świtem zgłosić się z ludźmi po zapasy i wyposażenie.


***


Ranek był zimny i wilgotny. Słońce przysłaniały gęste chmury. Sześćdziesięciu wyprężonych ludzi w pełnym rynsztunku bojowym stało na odprawie.
W końcu oddział z Ehbetem i Hestem na czele ruszył przez bramę. Przodem szło dwudziestu lekkich piechurów w pięciu szeregach, w tunikach z herbem cesarstwa i kolczugach, z mieczami u pasów i tarczami na plecach. Tuż za nimi maszerowało piętnastu toporników w pięciu szeregach. Mieli na sobie napierśniki z dodatkowymi elementami chroniącymi niektóre części ciała. W rękach dzierżyli ciężkie topory obusieczne, a na plecach dźwigali pawęże. Za topornikami podążało dziesięciu Kislevsckich łuczników w lekkich skórzanych pancerzach z długimi łukami i kołczanami na plecach oraz długimi sztyletami przy pasach. Prowadził ich Io’nor w mocnej kolczudze z długim mieczem i wspaniałym refleksyjnym łukiem na plecach. Dalej szło ośmiu halabardników w dwóch szeregach, zwiadowca –goniec na koniu i saper. Pochód zamykało pięciu kuszników prowadzących juczne muły dźwigające prowiant i dodatkowe zaopatrzenie.

2.
Cień elfa


Zbliżała się noc. Na zachodnim horyzoncie wiatr rozpędził na chwilę chmury i oczom miecznika ukazała się krwawa łuna zachodu.
-Będzie bitwa...-szepnął jeden ze starszych piechurów.
Hest miał złe przeczucia. Tego ranka rozdzielili się z Ehbetem. Miecznik wziął ze sobą całą lekką piechotę, łuczników i zwiadowcę. Sapera zostawił halabardnikowi. Większość zapasów zostało na mułach. Nie wątpił, że w razie potrzeby poradzi sobie bez nich.
Nie chciał brać wszystkich łuczników, czuł że z jakiegoś powodu są ważni dla powodzenia wyprawy. Ale Ehbet się uparł. Nie lubił elfów.
-Io’nor do mnie!- zawołał.
-Tak panie?- rzekł po chwili wyprężony dowódca łuczników.
Popasali właśnie i Hest zastanawiał się, czy iść dzisiaj dalej, czy rozłożyć obóz na miejscu.
-Dlaczego tu was przysłano?- zapytał po krótkiej chwili milczenia.
-Widocznie uznano, że się przydamy panie.- odparł łucznik wzruszając ramionami.
-Twoi ludzie są strasznie małomówni. Rozumiem podziały między formacjami, ale oni nawet między sobą nie rozmawiają. O co tu chodzi?
-Eeh...- westchnął Io’nor.- Żadna tajemnica, oni po prostu nie znają wspólnej mowy.
-Co?!- ryknął niemal Hest.
-Żartuje, żartuje!- zaśmiał się łucznik.- Po prostu nie lubią języków strzępić. Taka tradycja w oddziale. Rozumie pan?
-Chyba tak. To jak picie z jednego bukłaka przed wymarszem w formacjach toporników tak?
-Można tak powiedzieć.
W obozie poniżej wszczęło się jakieś zamieszanie. Po chwili dowódca drugiego oddziału i łucznik ujrzeli zdążających w ich kierunku dwóch ludzi. Jednym z nich był zwiadowca, którego Hest wysłał parę godzin temu przodem. Drugiego nie znał.
-Panie.- rzekł zwiadowca prężąc się w salucie.
-Melduj Rash.
-Spotkałem tego człowieka niedaleko stąd. Twierdzi, że w jego wsi popasają jacyś wojacy.
-Rozbójnicy?- spytał miecznik chłopa.
-Tak jaśnie panie.
-Ilu?
-Ooo! Ze tsydziestu panie złoty.- chłop ślinił się i seplenił.
-Na noc zostają?
-Ja ni wim panku. Ale kunie rozkulbacyli.
-Dobrze. Możesz odejść. Zgłoś się potem. Jeśli mówisz prawdę nie minie cię nagroda.
-Dziękuję! Dziękuję panku złoty! Chwała ci! Samych zwycięstw paniczu niebieski.- skomlił chłop cofając się tyłem w stronę obozu.
-Co na trakcie Rash?- zapytał dowódca drugiego oddziału, gdy cham zniknął między żołnierzami.
-Teren przed nami czysty na jakieś sześć mil. Dwie mile tą drogą na zachód- wskazał zwiadowca.- trakt przecina mała rzeka. Most się zawalił.
-Przejdziemy wpław?
-Tak. Jest dość płytko. Do pasa, nie głębiej.
-Wdziałeś jakieś ślady?
-Nie panie.
-Daleko ta wieś?
-Z pięć mil. Ale ostatnie dwie trzeba iść lasem.
-Pojedziesz do setnika Ehbeta. Poinformujesz go o sytuacji. Spotkamy się przy Gryfiej Grani za dwa dni od tego zmierzchu. Zrozumiałeś?
-Tak panie.
-Odmaszerować.
-Tak panie!- zwiadowca- goniec wyprężył się i odszedł spiesznie.
-Ruszamy za pół godziny.- powiedział Hest do dowódcy łuczników.- Powiedz to ludziom. Wydziel po solidnym łyku rumu na głowę.
-Tak panie.


***


Io’nor z dwoma najlepszymi ludźmi skradał się przez las. Zapadły już kompletne ciemności i na dwa metry nie było widać nic choć oko wykol. Ale elfom to nie przeszkadzało.
Wiatr kołysał liśćmi drzew. Elfie buty delikatnie muskały wilgotną ściółkę. Grot strzały zalśnił, odbijając światło wschodzącego księżyca. Wartownik oddychał spokojnie, miarowo. Białe strzępy chmur przemykały na tle gwiazd. W powietrze wzleciała sowa. Sztylet dobyty z pochwy. Cięcie. Zbój padł na ziemie z rozpłataną szyją. Ktoś zaszeleścił krzakami. Zadźwięczała cięciwa. Dwie strzały utkwiły jednocześnie w piersi drugiego draba. Dwaj elfi łucznicy uśmiechnęli się do siebie.
-Lanriel A’galachad.
-La’mar Tuviel.
Wioska, położona pomiędzy trzema wzgórzami, rozbrzmiewała krzykami i pijackim śmiechem.
-Tal ron anch.- szepnął Io’nor i jego dwaj towarzysze skinęli w milczeniu głowami.
-Pójdę zameldować o wszystkim człowiekowi. Zaczekacie tutaj.
-Glah am ets.- szepnął A’galachad.- Uważaj na siebie.
Dowódca łuczników zniknął w ciemnościach.


***


Zbliżali się, gdy od strony wsi dobiegły ich krzyki i szczęk stali. Io’nor szedł na czele oddziału i jego bystry słuch pierwszy pochwycił niesione nocnym wiatrem odgłosy.
-Dalan!- szepnął.- Bracia!
Ruszył pędem nie oglądając się na resztę oddziału. Hest pierwszy raz widział elfa biegnącego po lesie. W świetle księżyca zwinna sylwetka elfiego wojownika to pojawiała się, to znikała w cieniach drzew. Żaden koń nie mógł biec tak szybko i żaden wilk nie potrafił tak zwinnie sadzić nad korzeniami.
-Za cara!!!- ryknął setnik i ruszył za łucznikiem.
Jeszcze w biegu Io’nor wypuścił dwie strzały. Obie trafiły powalając najbliższych drabów. Długa cienka klinga zadźwięczała cicho dobywana z pochwy. Włosy zawirowały w szybkim piruecie ciała. Miecz rozpłatał brzuch rozbójnika z maczugą. Kolejne cięce odrąbało dłoń następnego przeciwnika.
Setnik jako pierwszy ze swych ludzi wypadł z lasu. Nie miał jednak czasu zachwycać się krwawym dziełem elfa. Dwa miecze zatańczyły w powietrzu. Sparował dwa cięcia i pchnął w brzuch. Rozgorzała bitwa. Jego żołnierze kładli krwawe żniwo w szeregach niezdyscyplinowanego wroga. Zbóje byli podpici, ale nie zaskoczeni. Z pobliskich chat wysypywało się ich coraz więcej.
-Trzydziestu! zasyczał Hest.- Jeszcze cię dorwę chłystku jeden.
Zacisnął zęby i rozpłatał głowę najbliższemu zbójowi odwróconemu do niego plecami. Sprawa nie wyglądała dobrze, wróg miał przewagę liczebną. Co najmniej pięćdziesięciu drabów. Gdyby byli w połowie tak dobrze wyszkoleni jak jego ludzie nie miałby szans. Ale nie byli. I nie mieli łuczników.
-Ash nah!- doleciał czysty głos z lasu. Zadźwięczały cięciwy. Pięciu biegnących drabów padło na ziemię. Mało który wił się jeszcze.
-Ash nah!- Kolejnych sześciu. Rozgrzewali się.
-Na nich chłopcy! Bić skurwisynów!!!- ryknął Hest.


***


Drabów rzeczywiście było pięćdziesięciu. Dokładniej pięćdziesięciu czterech. Większość z gór, ale był też jeden z tatuażem legi carskiej na ramieniu. Zabił dwóch jego ludzi zanim zarobił trzy strzały. Dwie w klatką piersiową, trzecią w gardło. Paskudna rana. Szkoda, mógł coś wiedzieć.
Herszta bandy znaleźli pijanego jak świnia w jednej z chat. Pilnujący go zbóje rzucili się do ucieczki. Nie dobiegli do lasu.
-Mów chamie.- syknął Io’nor. Był wściekły. Wściekły typowo elfią wściekłością. Zimną jak wiatr w górach i ostrą jak same szczyty. Tuviel miał rozharataną lewą rękę. A’galachad stracił łuk i miał głęboko rozciętą szyję. Krwawił.
-Mów parszywy ryju!- ryknął przykładając płonącą żagiew do boku draba.
-Aaaaa!!!..a, a, a! N.. ni, nie.. wiem. My.. n.. nie. Przyszliśmy rabować... nic nie wiem o żadnej bandzie mutantów...n, naprawdę.
-Zostaw go Io’nor.- powiedział cicho setnik.
Elf nie ustąpił. Znów zaczął przypalać jeńca.
-Powiedziałem DOŚĆ! Zostaw go. Straciłem dzisiaj dziewięciu ludzi. To prawie połowa mojej piechoty, a nie doszliśmy nawet do gór! Uważasz, że to dobrze?! Komendant ma w dupie tę bandę. Jego obchodzą mutanci. A jak mam walczyć z mutantami z jedenastką mieczników?!
Ochłonął nieco i kontynuował.
-To miała być łatwa bitwa. Trzydziestu pijanych, zaskoczonych drabów. Połowę wybilibyśmy łucznikami, jeśli nie we śnie. Reszta poszłaby w rozsypkę i wyrżnęli byśmy ich bez strat. Pytam, co się stało do cholery?
-Tuviel mówi, że zaszli ich z tyłu...
-Elfich zwiadowców! W lesie! Kpisz ze mnie, czyś w głowę dostał!!!- setnik znowu stracił panowanie nad sobą.
-Tuviel też tego nie rozumie. Mówi, że coś odwróciło ich uwagę, ale.... Ale nie potrafi powiedzieć co.
Hest chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Elf okazywał i tak zbyt daleko idącą cierpliwość. Potrzebował tego żołnierza.
-Dobrze. Dobić go.- wskazał czubkiem miecza herszta bandy. Głowa potoczyła się po ziemi.


***


-Anum del dalen?- szepnął dowódca łuczników.- Jak się czujesz bracie?
-Gvinlath... mój Gvinlath. Co z nim dowódco?- wyszeptał A’galachad. Jego głos nie przypominał już pięknego elfiego głosu. Charczał i rzęził.
-Złamany bracie. Złamany... Dobrze służył. Imię jego trafi do niejednej pieśni.
Po policzku elfiego wojownika spłynęła jedna, samotna łza.
-Falan...- szepnął tak cicho, że wiatr porwał jego słowa.- Żegnaj skrzydlaty druhu.
-Kiedyś się spotkacie.- powiedział Io’nor po długiej chwili milczenia.- Zasłuż na to spotkanie A’galachad.
Ranny elf zamknął oczy.



3.
Polowanie


Ehbet wychynął z lasu i spokojnym krokiem przemierzył koło pięciu metrów. Stanął. Chwilę trwało nim pierwszy z drabów go dostrzegł.
-Widzę, że przerwałem panom rozmowę.- powiedział spokojnie setnik. Na polanie stało pięciu zbójów i przywiązany do drzewa więzień.
-Źle zrobiłeś bracie wychodząc z tego lasu.- syknął niższy z bandziorów i ruszył z obnażonym mieczem w stronę Ehbeta.
-Radzę ci dobrze, nie podchodź. Poddacie się bez walki, a może przeżyjecie.
Drab przystanął, zaskoczony nie tylko słowami przybysza, ale i jego gwardyjską tuniką. Po chwili jednak zaśmiał się i ruszył dalej.
-Ostrzegałem.- powiedział z uśmiechem w kącikach ust setnik i uniósł dłoń.
Napastnik padł z bełtem w brzuchu. Reszta bandy natychmiast sięgnęła po tarcze. Jeden jej nie posiadał. Zginął jako następny.
-Poddajecie się?- bardziej zakpił niż zapytał Ehbet.
-Kurwa twoja mać psi synu Altdorfskiej dziwki!- ryknął dowódca bandy i pędem ruszył w jego stronę. Bełty znów zaświszczały w powietrzu. Zbóje byli już tuż, tuż kiedy setnik obrócił się i wszedł do lasu. Napastnicy myśląc iż ucieka popędzili za nim. I wpadli wprost na piętnastu toporników zaczajonych w krzakach.
Walka była krótka. Twarde zbroje i tarcze żołnierzy stanowiły zaporę nie do pokonania dla lekkiej broni bandytów. Dla toporów natomiast, wątłe tarcze i skórzane zbroje nie stanowiły żadnej przeszkody.
Ostatni z bandy, kryjący się do tej pory za drzewem, do którego przywiązany był więzień, wyjął nóż i przystawił go do gardła zakładnika.
Ehbet widząc to z pomiędzy drzew dał sygnał ludziom, by nie wychodzili z lasu. Widok całego oddziału mógłby zdenerwować rozbójnika.
Przeklęte rozporządzenia, myślał. Pertraktować ze zbójami, chronić za wszelką cenę zakładników, czy on wyglądał na siostrę miłosierdzia?! Powinni od razu wybić wszystkich z kusz. A zakładnik. Może by przeżył, a może nie. Tak, czy siak ci tutaj nie porwali by już nikogo. Tak było kiedyś.
-Zostaw go. Rzuć nóż i odsuń się, a nic ci się nie stanie!
-Czy wyście w tej legii zdurnieli, czy co?- syknął bandzior, który nie bardzo wiedział co powinien dalej zrobić. Setnik wyczuł to i postanowił działać póki miał czas.
-Mi też to się nie podoba.- powiedział i odwrócił się w stronę lasu.
-Galch!- krzyknął krótko.
Zbój rozglądał się zdezorientowany na wszystkie strony. Zadzwoniła cięciwa i drab padł z głęboko rozciętą szyją.
-Starzejesz się Galch!- powiedział Ehbet do wychodzącego właśnie z lasu dowódcy kuszników.
-Nie wiele brakowało, a spudłował byś.
-To przez cholerną wiewiórką- mruknął gniewnie zagadnięty.- Rzuciła we mnie żołędziem.
Jak na komendę wszyscy żołnierze ryknęli gromkim śmiechem.
-Patrzcie go!- krzyknął jeden.- Biedak! Wiewiórka go pobiła!
Śmiech eksplodował kolejną salwą. Kusznik obrócił się na pięcie i omiótł oddział ostrym spojrzeniem. Był już dość stary, ale mimo swych lat zachował krzepę godną niejednego młodzika. Szare oczy błysnęły gniewnie. Śmiech ucichł. Żołnierz, który tak radośnie krzyczał przed chwilą umilkł i opuścił spiesznie głowę.
Ehbet przypomniał sobie o jeńcu i spojrzał w jego stronę. Mężczyzna z spokojem i w ciszy śledził przebieg zajścia. Teraz spojrzał na setnika i skinął mu głową jakby gratulując udanej akcji.
Ehbet wyjął nóż i rozciął więzy.
-Jesteś wolny panie.
-Dziękuję oficerze.- głos miał niski i lekko zachrypnięty.- Oto twoja nagroda.
Wręczył setnikowi mały trzosik pieniędzy wydobyty z worka leżącego przy ognisku zbójów.
-Niebezpiecznie wędrować samemu po tych ziemiach panie.- rzekł Ehbet.- Może chciałbyś nam towarzyszyć?
Sakiewka znikła pod oficerską tuniką.
-Poradzę sobie żołnierzu. A teraz pomóż mi, jeśli łaska, zapakować moje rzeczy z powrotem na konia.


***


Wioska niebyła zbyt duża, ale jak na ich potrzeby w sam raz. Setnik zarządził postój. Z pieniędzy przydzielonych mu przez komendanta na potrzeby misji (a różnie przecież bywało i trochę grosza mogło się przydać) wynajął od chłopa stodołę. Rozdzielił między żołnierzy trochę złota i przestrzegłszy przed nadmiernym pijaństwem ruszył do gospody. Na straży pozostawionego w stodole ekwipunku i zwierząt zostało trzech kuszników i saper. Jednym z kuszników był Galch. Nie miał nastroju do picia.
Za pieniądze otrzymane od uratowanego podróżnego Ehbet zafundował sobie dzban najlepszego wina jakie miał gospodarz (cud to nie był, ale zwarzywszy na odległość dzielącą ich od jakichkolwiek większych miast i tak nieźle) i pieczeń z dzika w jabłkach, gruszkach i winie, miejscowy rarytas jadany od święta. Gospodarz zacierał ręce. Żołnierze, zajęci swoimi kuflami, nie zwracali zbytniej uwagi na jadłospis dowódcy. Zresztą, wszyscy znali jego upodobanie do dobrego jedzenia i ... wina.
Tak. Sprawa nie należał do przyjemnych. Kiedy setnik wypił robił się nieprzyjemny. Raz prawie wyleciał za to z wojska. Oczywiście nie był pijany na służbie, ale zaczepił w karczmie nie tego człowieka co trzeba i długo tego żałował. Takie chodziły słuchy. Ciche słuchy...
Tak, tak, myślał Ehbet żując kawałek całkiem porządnej dziczyzny i popijając lekko kwaskowatym winem.
Rozstali się z Hestem dwa dni temu i na razie nie miał od niego żadnej wieści. Może zwiadowca miał ważniejsze zadania niż latać od oddziału do oddziału. Trzeba poczekać. Jak nie przyjdą żadna wieści, pchnie do niego jednego ze swoich kuszników. Miał odpowiedniego człowieka. Młody, silny, a przy tym znał teren i wiedział jak się w nim poruszać. Pusty dzban stuknął o stuł. Karczmarz już niósł następny.
Cholerne rozporządzenia. Tym w stolicy rzeczywiście pofajtało się we łbach. Te skurwysyny nie miały pojęcia o wojskowej służbie. Oszczędzać ludzi! Musimy jednoczyć się przeciwko chaosowi! Bzdury!!! Setnik rąbnął pięścią w blat stołu. Zapadła krótka cisza, po czym zabawa rozhulała się na nowo.
Kilku żołnierzy właśnie zaczynało tańczyć na środku sali i setnik miał zamiar przywołać ich do porządku, gdy do sali wpadł zdyszanych chłop. Ubranie miał poszarpane, a na twarzy widniała czerwona pręga. We włosy wplątało się mnóstwo liści i igieł. Musiał biec przez las, pomyślał setnik. I to szybko.
-Chopy! Stado wilków krowy mi pożarło!- wykrztusił zasapany chłop i oparł się o blat stołu.
Natychmiast jakiś poczciwina podał mu kufel piwa.
-To trzeba iść na szczeżuje.- rzekł jeden z chamów po krótkiej chwili milczenia.
-Trzeba! Trzeba!- zawtórowało mu parę głosów.
-Hola chopy! Hola! Tu trza myśliwca.- zakomenderował najstarszy z obecnych.- Wilka nie zdźgacie widłami. Trza łuku, albo kuszy.
Setnik już wiedział czego się po nim oczekuje.
-Dobra. Ale to będzie kosztowało.- zdecydował.
-Przecie dostajecie żołd.- sprzeciwił się karczmarz.
-Ta! I macie nas bronić! Przed zbójami i wilkami!- podjął pachołek.
-Ano tak. Ale nas tu nie przysłali na patrol. Z ważną misją jedziemy.- podjął Ehbet.- I głową za powodzenie tej misji ręczę. Jak mam ryzykować przez stratę czasu, a może i paru ludzi w pogoni za jakimiś wilkami, chcę coś z tego mieć. I moi chłopcy też.
-Racja panie! Racja!- ryknęli żołnierze.
Najstarszy obecny chłop zamyślił się i w końcu przemówił.
-Dobrze. Postaramy się zebrać trochę grosza.
-A my zajmiemy się wilkami.- uśmiechnął się setnik.


***


Ciemna ściana lasu wznosiła się wysoki nad kilkunastoma pochylonymi sylwetkami ludzkimi. Światło pochodni tworzyło wokół nich jakby świetlistą, migoczącą kopułę oddzielającą ich od świata mroku. Na niebie nie było gwiazd.
W rzeczywistości krowa była tylko jedna i w dodatku nie całkiem pożarta. Co w cale nie znaczyło, że wyglądała przez to lepiej. Zaprawieni w bojach żołnierze Ehbeta widzieli nie jedną ranę, ale to tutaj było sto razy gorsze do jakiegokolwiek cięcia, czy uderzenia. Tak jakby krowa wpadła w młyńskie koło z ostrogami. Sieczka.
Chłopi byli mniej nawykli. Porzygali się.
-Kurwa. Setniku, co to było?- zapytał starszy halabardnik.
-Wilki. To były wilki.- odpowiedział głucho Ehbet i odwrócił się plecami do ścierwa, a twarzą do oddziału. Nie wszyscy poszli. Bo nie wszyscy byli w stanie. W sumie miał tu sześciu toporników, pięciu kuszników i dwóch halabardników.
-Wy zostajecie tu.- wskazał halabardników.- Nie przydacie się w lesie. Zostawię wam dwóch kuszników. I nie spać. Wilki mogą tu wrócić. Dokończyć...
-Ruszamy! Galch, Mrost, Tyan ze mną! Topornicy rozsypać się po terenie. Dwójkami.
Las był cichy. Wiatr miarowo kołysał liśćmi. Po kilku minutach szelest ucichł. Z ziemi poczęła podnosić się mgła. Setnik na czele trzech kuszników kroczył ostrożne przez gąszcz. Gdzieś w ciemnościach przeleciał nietoperz.
-Dziwna noc.- szepnął jeden z kuszników, Tyan.
-Nie widać gwiazd.- Mrost miał nieprzyjemny wysoki głos.- I ta cisza.
Znowu zapadło głuche milczenie.
-Dowódco, mam złe przeczucia.- tym razem odezwał się Galch.- Wracajmy. Poczekamy do świtu i zapolujemy na bestie w świetle dnia. Z wszystkimi ludźmi.
-Cisza.- syknął Ehbet.- To nie żadne bestie, tylko wilki. Zwykłe pieprzone wilki. Co z was za żołnierze.
Szli jeszcze z kwadrans, gdy nagle poruszył się krzaki z prawej. Galch wystrzelił pierwszy wypuszczając pochodnię. Zapadły ciemności. Ktoś jęknął i dało się słyszeć odgłos upadającego ciała. Ktoś wyjął krzesiwo. Trzask, trzask. Światło wróciło.
-Na Sigmara!- jęknął dowódca kuszników.
Na ziemi, kilka metrów od nich leżało ciało jednego z toporników. Z klatki piersiowej sterczał bełt. Włosy zabitego były potargane, a twarz naznaczona mnóstwem zadrapań. Potężny gwardyjski kirys był rozpruty tuż nad brzuchem. Z rany wciąż ciekła krew.
-Niech nas Młot Na Wroga chroni. Setniku co to...co to było?
Galchowi drgnęła szczęka.
-Zabiłem go... Zabiłem.
-Nie Galch.- powiedział lekko drżącym głosem setnik.- On już nie żył. Widzisz tę ranę.
-Zabiłem...
Zostawili towarzysza tak jak leżał.
-Później po niego wrócimy.- powiedział tylko setnik i nie oglądając się na resztę ruszył dalej.
Mgła się podnosiła. Zaczęli wracać po łuku. Ehbet chciał spotkać jedną z dwójek toporników. Gdzieś z lewej wiatr przyniósł krzyk. Krzyk bólu i zgrozy.
-Za mną.
Ruszyli biegiem. Gałęzie chłostały ich twarze. Wpadli w niewielki zagajnik i zatrzymali się dysząc.
-Dowódco.- powiedział Tyan wskazując ziemię.
Świeże ślady wleczenia. Ruszył za nimi. Prowadziły do pobliskiej kępy krzaków. Ehbet zajrzał, odgarniając gałęzie drzewcem broni. Znieruchomiał i pobladł.
-I co? Jest tam co?- zapytał Tyan lekko drżącym głosem.
-Nie. Ślad się urywa.- uspokoił towarzyszy.
Wyrównał nieco oddech i wrócił. Krzaki zakryły dwa krwawe ślady.
-Gdzie Mrost?
-Poszedł się wylać. O tam stoi.- Tyan wskazał kuszą cień na granicy pola widzenia.- Odważny gość.
-Ej pospiesz się.- krzyknął wreszcie Ehbet, gdy tamten nie wracał przez dłuższy czas.
Nie zareagował. Zdenerwowany i tracący powoli opanowanie dowódca ruszył w stronę podwładnego z chorym pęcherzem.
-Posp...- urwał w pół słowa.
Cień nie był legionistą. Złamany przez wichurę pień szczerzył kły do nieba. Dwaj kusznicy patrzyli wraz z nim w milczeniu. Coś zaszeleściło w krzakach. Obejrzeli się z ulgą w oczach. Pierwszy padł Galch. Stwór rozciął mu klatkę piersiową od miednicy aż po szyję. Fragmenty kuszy wzleciały w powietrze. Tyan wypalił. I umarł ze zmiażdżoną głową.
Ehbet był szybszy. Odskoczył i zablokował halabardą potężny cios łapy. Pazury zatrzymały się kilka centymetrów od jego twarzy. Był silny. Jak na człowieka. Stęknął z wysiłku.
Stwór cofnął się błyskawicznie. W ciemnościach, w których jedynym źródłem światła była przygasająca pochodnia, leżąca parę metrów obok na ziemi, sylwetka poczwary ledwie odbijała się od mrocznego lasu. Tylko oczy lśniły dziko. Setnik poczuł jak ten dziwny wzrok go przenika, sięga w głąb niego i obezwładnia go. Sakiewka!


***


Do karczmy wróciło tylko dwóch halabardników i topornik. Wszyscy śmiertelnie przerażeni. Chciano pchnąć gońca do setnika Hesta, ale nikt nie chciał samotnie podróżować przez las. A innej drogi nie było.
Kiedy tylko się rozjaśniło wyruszył oddział poszukiwawczy. Nikt, nawet ocalały topornik, nie wiedział co właściwie wybiło oddział. Żołnierze mieli cichą nadzieję, że reszta po prostu zabłądziła w lesie. Nikłą, szczerą nadzieję.
Znaleziono ciała wszystkich. Z setnika Ehbeta pozostało tylko skrwawione ramię i halabarda. Żołnierze pochowali towarzyszy na pastwisku pod lasem i wrócili do wsi. Nowy dowódca, dziesiętnik halabardników, Qintus Morsan zabrał halabardę martwego dowódcy.
-Jesteście nam coś winni.- krzyknął Qintus zaciskając palce na krawędzi stołu.
-Nie zabiliście wilków. Za co mamy wam płacić?- skrzywił się w kpiącym uśmiechu starszy wsi.
-Powtarzam ci, że to nie były wilki. I już tu nie wrócą. Nie będą ryzykować spotkania z całym oddziałem.
Na wzmiankę o „całym oddziale” rozległy się stłumione kpiny w tłumie otaczającego ich chłopstwa.
-Wilki, nie wilki. Wy stąd jutro odejdziecie, a my zostaniemy.- tym razem karczmarz włączył się do dyskusji.
-Tak.- Halabardnik powoli tracił cierpliwość.- Ale one, oni, czy co to tam było nie będzie o tym wiedzieć. Poza tym lada dzień możemy wrócić z silniejszym oddziałem i jeśli wciąż będą się tu panoszyć wytstrzelamy je w nagonce.
-Lada dzień. Większy oddział. Nagonka. Tak.- powtarzał kpiarsko starszy wsi, ta jego maniera doprowadzała Qintusa do szału.
-Kiedy nadejdzie ten lada dzień, większy oddział i nagonka z chęcią udzielimy wam wszelkiej pomocy, a za waszą zapłacimy.- ciągnął starszy.
-Pukico nie jesteśmy wam nic winni.- skończył z nieskrywaną satysfakcją.
Nowy dowódca wiedział już z jakim typem człowieka ma do czynienia. Zapasy jednak kurczyły się, Dla nich starczyło by jeszcze na jakiś czas, ale kiedy spotkają się z oddziałem Hesta... Wszystkie pieniądze oddziału przepadły wraz z ciałem setnika, a żołnierze przepili swoje. Musiał żebrać jeśli jego ludzie nie mieli głodować.
-Dajcie nam przynajmniej prowiant. Nie proszę o wiele. Ser suszone mięso, jakieś placki. Kiedy będziemy wracać zapłacimy.
-A jak myślicie z czego my będziemy żyć jeśli te wilki dalej będą nam krowy ubijać? Nic wam nie damy.- wygłaszał dalej swą litanię argumentów chłop.
-Mówiłem już, że nie wrócą. Przecież...- Qintus spojrzał w oczy zuchwałemu chłopu i wiedział już, że nic więcej nie wskóra. Ta menda czerpała przyjemność z odmawiania mu. Ten nędzny wioskowy cham z zadupia na końcu świata okazywał mu swą pogardę! Mu dziesiętnikowi carskiej armi.
Nowy dowódca zacisnął mocniej ręce na brzegu ławy i podniósł się. Chłopów było parę razy więcej niż jego ludzi. Mimo to dziesiętnik walczył ze sobą przez długą chwile żeby nie rąbnąć chama w brodaty pysk. Odwrócił się i wyszedł z karczmy.
-I co?- to był Gah, jeden z toporników.
-Nic. Gówno nam dadzą. Powiedz ludziom, że wychodzimy. Natychmiast!
-Tak jest.- zasalutował topornik i z kopa popędził w stronę stodoły w której przebywał cały oddział. Zaiste marny był to odział. Stracili jedną trzecią ludzi. Zostało mu ośmiu halabardników, dziewięciu toporników, dwóch kuszników, saper i dwa muły. Gdyby mieli wracać do garnizonu skończyło by się na pośmiertnej reprymendzie dla setnika Ehbeta. Ale oni szli do boju. A nie dotarli nawet do gór.


***


Dwie doby i jeden dzień po rozstaniu dwa oddziały spotkały się przy Gryfiej Grani. Goniec wysłany do oddziału Ehbeta ( teraz Qintusa ) nigdy do niego nie dotarł i tylko ślepy los sprawił, że tuż przed wymarszem jeden z pieszych zwiadowców Hesta doniósł mu o zbliżającym się siostrzanym oddziale.
Setnik Hest stał na skale sterczącej ze szczytu grani i wpatrywał się w horyzont, kiedy ujrzał zbliżający się oddział. Z początku sądził iż część ludzi z jakichś powodów została z tyłu wraz z dowódcą, gdyż w oddziale na oko brakowało dziesięciu ludzi i nigdzie nie było widać chwiejącej się w rytm marszu halabardy Ehbeta. Lecz kiedy ujrzał wynędzniałe miny ludzi i długi, zawinięty w szmaty pakunek dźwigany przez prowadzącego pochód coś w nim drgnęło. Nie tylko on miał kłopoty w marszu.
-Panie.- zasalutował prowadzący kolumnę, gdy spotkali się u podnóża rani.
-Straciliśmy ośmiu ludzi. Pięciu toporników i trzech kuszników. Setnik Ehbet...
Qintus podniósł spojrzenie na twarz setnika. Czuł się bardzo źle mówiąc swojemu dowódcy o śmierci jego najlepszego przyjaciela. Momentami czuł się winny temu co się stało, jakby to on to spowodował.
-Setnik poległ.- dokończył już mniej oficjalnym tonem.
-Jak to się stało?
-Popasaliśmy we wsi kiedy jakiś chłop przybiegł krzycząc coś o wilkach. Setnik wziął chętnych i poszedł to sprawdzić. Tropili bestie w lesie i... wrócili tylko halabardnicy, którzy zostali przed lasem na straży. Z tych co weszli do lasu przeżył tylko jeden topornik. Ale ze strachu wszystko mu się poplątało i nic nie pamięta.
Umilkł na chwilę by po chwili kontynuować.
-Znaleźliśmy wszystkie ciała... w ogólnie dobrym stanie. Kilka ran od pazurów i kłów, jakaś rozbita głowa...
-Tylko z ciała dowódcy...- mówił już dużo ciszej niż na początku.- została tylko ręka i to.
Mówiąc to podał setnikowi długi pakunek. Hest już wiedział co jest w środku.
-Co ze zwiadowcą?
-Zwiadowcą Panie?- zapytał zdziwiony i zbity z tropu halabardnik.
-Wysłałem do was dwa dni temu zwiadowcę, myślałem, że nie wraca, bo jest u was potrzebny.
-Nie dotarł do nas.
Twarz miecznika cały czas była maską spokoju i powagi. Tylko w oczach płonęły coraz mocniej dwa niebieskie ogniki.
-Wracajcie do swojego oddziału.- powiedział po krótkiej chwili milczenia.- Przejmuję komendę nad wszystkimi ludźmi. Odmaszerować.
-Tak jest.
Hest siedział pod wielkim dębem na skraju grani. Lśniące oczy wpatrywały się w niebo jakby tam, u góry mogły dostrzec jakieś odpowiedzi. Chciał wrócić i sprawdzić co zabiło jego druha. Wiedział, że to nie wilki. Chciał to znaleźć i zabić. Pomścić przyjaciela. Przelać krew za krew. Nie potrzebował nawet ludzi. Mógł iść sam, a ich zostawić pod komendą Qintusa albo Io’nora. Dali by sobie radę... Ale nie mógł. Był żołnierzem. Miał obowiązki wobec armii wobec państwa.
Przez wiele lat tułał się po bezdrożach Starego Świata. Był banitą, łowcą głów, najemnikiem. Imał się różnych zajęć, ale żadne nie dało mu tego co dała armia. Rodziny. Poczucia odpowiedzialności nie tylko za kamratów. Armia nauczyła go miłości do ludzi i ojczyzny. W armii też poznał Ehbeta.
Podczas swej tułaczki miewał bardzo różnych kompanów. Znał przedstawicieli wszystkich ras i cechów. Walczył ramię w ramię z krasnoludami, elfami, a nawet gnomami. Ale tylko Ehbeta pokochał jak brata.
I teraz musiał wybrać: wierność najlepszemu ze swych przyjaciół, czy wierność wobec armii, która dała mu dom, rodzinę i druha.
Wybór nie był łatwy.
-Setniku.
Hest podniósł powoli głowę. Kilka metrów od niego, pod smagłym świerkiem stał dowódca kislevskich łuczników.
-Wiem o czym myślisz.- rzekł elf.
Oczy Hesta zwęziły się nie bezpiecznie,
-Ale masz misję do spełnienia. Nie możesz narażać oddziału, który ci powierzono.
-Nie wezmę ze sobą ludzi...
-Nawet jeśli pójdziesz sam pozbawisz nas świetnego wojownika i dowódcy. Nie, nie. Nie zaprzeczaj. Ani ja, ani nikt inny w tym oddziale oprócz ciebie nie ma pojęcia o dowodzeniu mieszaną formacją. Tylko ty masz odpowiednie doświadczenie i wiedzę.- mówił spokojnie półelf.
-Na zemstę przyjdzie jeszcze czas. Może wcale nie będziesz musiał zawracać żeby jej dokonać.
-Co masz na myśli?- zapytał ostrym tonem miecznik.
-Zastanów się setniku. To co zabiło setnika Ehbeta nie było wilkiem, ani nawet całym ich stadem. Nie o tej porze roku. Zbóje we wsi i to, że twój zwiadowca spotkał chłopa, który nam o nich powiedział to mógł być przypadek. Ale dwa takie przypadki, na dwóch drogach siostrzanych oddziałów wysłanych z tą samą misją. No i ten zwiadowca...
-O zwiadowcy jeszcze nic nie wiadomo.- przerwał mu Hest, choć powoli zaczynał dostrzegać jakiś schemat.
-Nie łudź się Hest.- łucznik powiedział to na tyle cicho, by przypadkowy żołnierz przechadzający się w krzakach nie usłyszał co mówi.
-Wież równie dobrze jak ja,- kontynuował.- że on nie żyje, i że nie znajdziemy już jego ciała.
-Ty coś wiesz półelfie.- mruknął Hest.- Wiesz coś i nie chcesz mi o tym powiedzieć.
-Mówię tylko, że powinniśmy mieć się na baczności. Takie „przypadki” mogą się jeszcze nie raz powtórzyć...
-A my straciliśmy już dziewiętnastu ludzi.- dokończył setnik.- Tak umiem liczyć Io’nor.
Teraz on zwrócił się do elfa po imieniu. Ale nie sposób było ukryć tego przed uszami innego elfa.
-I dlatego muszę wiedzieć co przede mną ukrywasz półelfie.
-Wież mi dowódco, że wiem co robię.- powiedział dowódca elfów i zniknął w cieniu.
Hest miał ochotę pobiec za nim i strzelić go z całej siły w ten elfi pysk, ale opanował się w porę. Nie podobały mu się te zagadki i przemilczenia, ale ten łucznik miał dużo racji. Nie mógł zostawić oddziału. I należało się mieć na baczności. Może, rzeczywiście nie będzie musiał zawracać...
Miecznik uśmiechnął się ponuro do swego odbicia na klindze krótkiego miecza.


Konor.
komentarz[28] |

Komentarze do "Powinność żołnierza"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.


© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl


   Sonda
   W którym dziale trzeba więcej artykułów?
Bestiariusz
Przygody
Opowiadania
Zdolności
Przedmioty
Profesje
Postacie
Miejsca
Zasady
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Wilkołak
   Wiedźmin
   Elfia Wdzięcz...
   Chart
   Skarb Piramidy
   Tworzenie Pos...
   Świątynia Upa...
   Płomienie Smo...
   Dzieci Rogate...
   Zew Krwi

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.027600 sek. pg: