..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
   » Ogólne

   » Rozgrywka

   Szukaj
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

WILK


Farm pędził przez las. Zbroja chrzęściła i dzwoniła pośród nocnej ciszy. Przeskakiwał korzenie i pnie starych drzew. Krzaki smagały mu odsłoniętą twarz, dyszał ciężko, a oczy zalewał mu pot. Tuż za jego plecami, przez ścieżkę przemknął cień. Wciąż biegnąć obrócił głowę i szybkim spojrzeniem omiótł las za sobą.
„Boże, niech to się wreszcie skończy, niech to będzie tylko sen, straszny sen. Niech się wreszcie obudzę.” Tuż przed sobą dostrzegł koniec lasu. „Dzięki ci, dzięki.” Pokonał ból w płucach i przyspieszył. Wybiegł z lasu i załamany stanął. Tuż przed nim wystrzelała ku niebu wysoka skalna ściana. Między nią, a lasem była mała polana porośnięta jeżyną.
Odwrócił się i zaczął cofać tyłem w stroną skały. Oparł się o nią plecami i dyszał ciężko, wypatrując się w mrok pod drzewami. Jakiś cień poruszył się nieznacznie. Młodzieniec dobył miecza. „Nie.”- pomyślał- „Nie poddam się.”
- Pokaż się bestio.- krzyknął. I choć bardzo się starał, jego głos łamał się i drżał.
Coś się poruszyło. Młodzieniec uniósł wyżej swój miecz. „Tak jak mnie uczyłoś Amr. Szkoda, że nie mam tarczy...” Stwór wyłonił się z lasu. Szedł powoli, pewnie stawiając swe pokryte szczecinowatą sierścią łapy. Silne umięśnione ramiona spoczywały po bokach beczkowatego torsu. Gruby kark, pokryty długą, białą sierścią drgał lekko. Potężne, długie szczęki rozchylały się, ukazując ostre białe kły. Bestia zastrzygła uszami i stanęła w odległości trzech metrów od człowieka.
Młodzieniec zebrał całą siłę woli i uspokoił się. Spojrzał wyzywająco w ślepia przeciwnika i .... osłupiał. Spodziewał się zobaczyć w nich szał, żądze krwi, nienawiść i wzgardę, wszystko. Tylko nie współczucie.
Wilkołak drgnął i ruszył do ataku. Farm przechylił miecz by zadać cios, lecz wielkie owłosione ramię z ogromną siłą uderzyło w płaz miecza, a ten poszybował wysoko w powietrze i wbił się w ziemię na skraju lasu. Czarne, długie pazury zalśniły w poświacie wschodzącego właśnie nad wierzchołkami sosen księżyca. Młody rycerz padł ciężko na wilgotną trawę. Od szyi do brzucha zbroja była rozszarpana, a z ran ciekła obficie krew. „Hena. Mogło być zupełnie inaczej. Przepraszam.” Odwrócił wzrok od rozgwieżdżonego nieba i popatrzył na swego zabójcę. W jego ślepiach wciąż lśniło współczucie.


***


Erg przyklęknął i wyrwał miecz z ziemi. Za jego plecami spoczywał martwe ciało rycerza. „ ...jeszcze dzieciak,”- myślał – „ Jeszcze dzieciak.” Podniósł łeb i krzyknął w gniewie.

***

Nocny wiatr poniósł po lesie złowrogie wycie. Hena zadrżała. Mocniej ścisnęła sztylet i spojrzała w stronę Drina. Łowca kroczył bezszelestnie tuż przed czarodziejem i nasłuchiwał. Pewnym, szybkim ruchem nałożył strzałę na cięciwę. Myślała o Farmie, wrócił do koni po pochodnie, już dawno powinien ich dogonić.
-Chyba nic mu się nie stało?
Nikt nie odpowiedział. Między drzewami zalśnił księżyc. Teren porastał gęsto las iglasty, a im dalej na północ, tym więcej skał sterczało z ziemi. Czarodziej tłumaczył coś o lodowcu i minerałach przyniesionych przez niego z dalekich krajów, ale nie wiele z tego zrozumiała. Jako złodziejka nie potrafiła objąć umysłem, rzeczy wykraczających poza długość jej życia. Dla niej liczyło się to co można było ukraść i sprzedać. Jaki pożytek z czegoś to wydarzyło się tysiące lat temu?
Teraz jednak jej myśli błądziły wkoło postaci młodego rycerza. Był najuprzejmiejszym i najdelikatniejszym mężczyzną jakiego w życiu spotkała, a przy tym nie tak zimnym jak magowie. I to jak mówił. A teraz poszedł gdzieś i nie wraca. „...jak każdy inny.”- pomyślała.-„ Jest taki jak inni, a ja głupia się łudziłam. On też mnie zostawi.” Mimo to jednak bała się o niego. Zimny dreszcz przebiegał jej po plecach na myśl, że ta bestia mogła go schwytać.
-Może powinniśmy zawrócić i ....
-Ćśśś...- Syknął Drin.
Cienie w lesie wydłużyły się nagle, a wszystkie odgłosy ucichły. Coś czaiło się w mroku.
Jakieś ślepia obserwowały ich z ukrycia.
Cień przemknął między drzewami. Czarodziej krzyknął i z jego wyciągniętych dłoni wystrzeliła ognista smuga. Przecięła powietrze i uderzyła w czarny kształt kilkadziesiąt metrów przed nimi. Drin i Hena podbiegli do przodu. Na ziemi leżało wielkie cielsko. Ognista strzała trafiło prosto w łeb rozrywając czaszkę. Zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek zauważyć, łowca odsunął się szybko w bok. Wiedział, że to co leżało na ziemi było zwykłym niedźwiedziem. Hena pochyliła się i dotknęła truchła.
Odwróciła się by coś powiedzieć i tuż za plecami czarodzieja ujrzała wirujące ostrze. Miecz zagłębił się po rękojeść w plecach mędrca i cisnął nim o ziemię. Zadźwięczała cięciwa. Strzała ugodziła w cel. Wilkołak zawył przeraźliwie z bólu i rzucił się na łowcę.


***


Hena kuliła się wśród korzeni wielkiej sosny. „ Farm, gdzie jesteś, proszę Farm..” Wielki cień wyrósł tuż nad nią.
-Zostaw mnie, odejdź...- jęknęła.
„Przepraszam”- pomyślał.


***


Był bardzo zły. Posądzono go o coś czego nie zrobił, a teraz... czworo ludzi straciło życie z jego ręki, i to przez zwykłe nieporozumienie. Był zły, ale nie mógł nic zrobić. Nie chciał zabijać braci wilków. Byli głodni, więc zabijali bydło.
Mógłby usunąć tego kto rozpuścił o nim plotkę. Gdyby nie on, ludzie posądziliby o wszystko wilki- i słusznie zresztą. Gdyby go jednak zabił, potwierdziłby tylko jego słowa.
Nie wiedział co począć. Zakopał ciała ludzi i wracał do domu. Do świtu było jeszcze daleko. Wyszedł z lasu i wszedł do domu. Ogień wciąż płonął w kominku. Dorzucił dwa palona i wstawił wodę w kociołku. Stanął po środku izby i zaczął się zmieniać. Futro znikło, głowa i nogi przeobraziły się. Pazury zmieniły się w paznokcie. W izbie stał nagi, dobrze umięśniony mężczyzna, średniego wzrostu. Zmierzwione, od dawna nie przycinane włosy opadały mu na twarz.
Usiadł i dotknął ostrożnie ramienia. Rwało w nim strasznie. Strzała nie weszła zbyt głęboko. Podniósł sztylet leżący ma stole, podszedł do kociołka, wrzucił doń parę ziół i korzeni. Zamoczył ostrze w wywarze. Naciął ranę i wydobył strzałę. Ciało zlał mu zimny pot. Miał ochotę zwymiotować. Podszedł do kociołka, zanurzył w nim bandaż i zrobił sobie opatrunek.
Wciąż czuł smak krwi łucznika. Nudności wstrząsały jego ciałem. W końcu wyszedł na zewnątrz i zwymiotował. Poczuł się lepiej. Teraz wiedział co musi zrobić.


***


-Cholerna pogoda.- Grumben splunął na podłogę.- Leje i leje. Szlag by to trafił. Taki interes i jak tak dalej pójdzie ktoś mnie uprzedzi.
Grumben był średnio zamożnym kupcem i jak każdy kupiec, chciał być bogatszy. Przebywał właśnie w Skalgen gdy dowiedział się- sobie tylko znanymi kanałami-, że z Ymris wysłano posłańców z zamówieniami po wszelkiego rodzaju garnki i wyroby gliniane, bardzo dużymi zamówieniami. Wydobył, więc ze swej sakwy oszczędności paru ostatnich lat, wyremontował trzy wozy, a dwa kolejne kupił. Zaprzągł je w woły i wybrał się do znajomego manufakturzysty, garncarza. Wykupił wszystko co tamten miał na składzie i wszystko co był w stanie wyprodukować przez następne trzy dni. Po tym też okresie załadował garnkami pięć wielkich wozów, szósty zaś- całkiem nowy i solidnej roboty- zaopatrzył w prowiant i łoże dla siebie i wyruszył w drogę.
Do Ymris zostało jeszcze dwadzieścia mil, kiedy pękła oś w jednym z wozów. Zatrzymali się, więc w pobliskiej wsi by naprawić uszkodzenie. Czekał już dwa dni, a przez ten czas ciągle lało.
-Jak tak dalej pójdzie ziemia nasiąknie i zesram się, a nie tam dojadę. Jedyna nadzieja, że inni też nie dotrą. Kurwa, żeby nie ta oś już bym tam był.- powiedział siorbiąc piwo.
-Jeszcze jedno?
-Ta. Czemu nie.
Dziwny gość. Godzinę temu przysiadł się do niego jakiś wędrowiec, szlachcic, czy kleryk i stawiał mu kufel za kuflem.
-A ty dokąd się wybierasz przyjacielu?- spytał sennie kupiec.
-Zachodnie bezdroża, Ganna.
-Nie słyszałem. Co to za miejsce?- zmarszczył brwi, a jego pulchną, pięćdziesięcioletnią twarz wykrzywił grymas świadczący o nikłym zainteresowaniu.
-Wioska górnicza. Wydobywają miedź.
-Aha...
Wiatr kołysał gałęziami za oknem. W gospodzie siedziało jeszcze paru podróżnych i kilkunastu chłopów stłoczonych przy jednym stole.
-W co oni tam grają?- zwrócił się kupiec do karczmarza.
-Yee... jakaś nowa gra. Kośćmi rzucają.
-Kośćmi?
-Ta, tylko zasady jakieś inne. Mnie tam szkoda pieniędzy- Po czym odwrócił się i zaczął przestawiać butelki pod półką.
Nagle drzwi rozwarły się, a wiatr z łoskotem cisnął je na ścianę.
-Kogo tam?- syknął oberżysta.
-To ja.. przepraszam.
Do karczmy wszedł niski chłop.
-A czemuż to trzaskasz moimi drzwiami Hin? Chciałbyś po grzbiecie zebrać?
-Nie będziecie tak gadać jak wam powiem czegom się dowiedział.
-Hee?
-Jakiś wojownik ubił wilkołaka i idzie tu.
-Co?!!!- ryknął karczmarz.- Czego od razu nie mówisz niemoto jedna! Dawać mi tu beczkę wina.. nie, nie dwie.. trzy. I dzika na ruszt...... Ale zaraz, zaraz. Czy ty aby nie bujasz? I skąd ta pewność, że ubił? Może tylko tak gada.
-O! Toście go nie widzieli. Poharatany jakby go stado niedźwiedzi dorwało. A poza tym ma dowód.
-Jakiż to dowód?- zainteresował się rozmówca kupca.
-Pazury. Wielgachne. Sam Finn, nasz łowca potwierdził, że nie niedźwiedzie psze pana. I do ran pasują. A jaki on ma miecz.
-To..- „ciekawe”, chciał rzec towarzysz kupca, ale w mroku za wciąż rozwartymi drzwiami zamajaczył jakiś kształt. Do izby wkroczył średniego wzrostu człowiek. Kulał na prawą nogę, którą to miał obandażowaną w udzie. Prawą dłoń i klatkę piersiową także oplatały opatrunki. Poszarpane i brudne ubranie miał koloru brązu i szarości, ciemne splątane włosy opadały na twarz. U pasa zaś, i to przykuło uwagę karczmarza, wisiała spora sakiewka, która obijając się o pochwę szerokiego miecza, dzwoniła przy każdym kroku.
Przybysz zamknął drzwi i minąwszy Hina podszedł do baru.
-Pokuj i kolację.- powiedział rzucając na bar srebrną monetę.
-Zje pan tu czy w pokoju?- spytał karczmarz przyglądając się ciekawie wojownikowi.
-W pokoju.
-Ależ proszę zjeść z nami.- zaproponował rozmówca kupca.- Radzi będziemy pańskiego towarzystwa. Proszę siadać, ja stawiam.
-Zjem w pokoju.- powtórzył nie patrząc nawet w jego stronę i poszedł do góry.
-Dziwny gość.- szepnął kupiec.
-Jak każdy łowca nagród. Jak każdy.- mruknął wędrowiec, po czym zamyślił się nad czymś.
Chłopi grający w kącie nie wiele zwracali uwagi na to co się działo. Żadnemu z nich wilkołak nie zabił krowy, więc co ich to obchodziło. Zabili bestię, sołtys zapłacił zabójcy i wszystko w porządku. Żadnemu nie przyszła do głowy myśl, że gdyby nie wojownik to jutro, lub za tydzień, to jego rodzinę mógł zaatakować wilkołak. Nikt też nie pamiętał o trzech beczkach i dziku.
Grumben wstał i przeciągnął się.
-Na mnie już czas.- zdecydował.
-Dobrej nocy.- skinął karczmarzowi i swemu rozmówcy po czym wyszedł.
-Zaiste, dziwny człowiek.- mruknął do siebie wędrowiec.- I dlaczego nikt nic nie mówi. Powinni być podekscytowani. Dziwne.
Karczmarz dolał mu piwa.


***

Deszcz lał się z nieba strugami. Cały świat pogrążał się w coraz większym mroku. Krople wody ściekały z kołnierza wędrowca. Rytmiczne kroki zagłuszał szmer wody. Minął kilka domostw i wielką stodołę służącą we wsi za spichlerz. Przeszedł po małym, półkolistym mostku zawieszonym nad strumieniem i ruszył ścieżką prowadzącą na szczyt pagórka, gdzie znajdował się dom sołtysa. Mijał właśnie kępę drzew rosnącą na zboczu powyżej, gdy w ciemność zalśniły ślepia. Odwrócił się szybko i spojrzał, ale niczego już nie dostrzegł.
Wkroczył na ganek sołtysowego domu i otrząsnął się z wody.
-Nie podoba mi się to. Wcale mi się to nie podoba.
Zastukał do drzwi. Po chwili rozległ się szmer odsuwanej zasuwy.
-Tak, czym mogę służyć?- w drzwiach stał starszy mężczyzna z łysawą głową i siwym, długim wąsem. W jednym ręku trzymał książkę, a drugą skrywał za drzwiami.
-Chciałem porozmawiać o wilkołaku.
-Wilkołaku?... A nie, już nie ma takiej potrzeby. Został zgładzony. Przykro mi.- powiedział starszy mężczyzna i zaczął zamykać drzwi.
-Nie jestem najemnikiem. Nie pytam o zatrudnienie, chcę porozmawiać.- rzekł spokojnie wędrowiec.
-Po prostu mnie to ciekawi.
-Ciekawi tak?...No cóż, nie ma o czym mówić, to...
-Czy zna pan tego człowieka, który go zabił?- przerwał mu wędrowiec.
-Nie, niby skąd, ja jestem tutejszy i wcale nie zamierzam...
-Czy mógłbym zobaczyć dowód jaki przyniósł?- spytał grzecznie tamten.
-A po co?- zainteresował się sołtys.- Dowód już zbadany, a nagroda wypłacona... proszę mi nie przerywać. Bardzo tego nie lubię. Na co panu te wszystkie informację, hę?
-Chciałbym po prostu kupić resztę cielska.
-Co?! Ja nie chce mieć z tym nic wspólnego. Żegnam pana!- krzyknął starzec i zatrzasnął drzwi.
Wędrowiec stał przez chwilę wpatrzony w kołatkę.
-Tak.- szepnął.


***

-Amron elizhe tsar!!!- głos maga przebił się przez wichurę. Błyskawica przecięła niebo za jego plecami. Wiatr szarpał ciemnoniebieską szatą, a krople deszczu biły o nagą skałę sterczącą na szczycie pagórka.
-Tsahm, ert more!!! Na luna ert tan!!!- ręce poruszały się w nieopisanym tańcu gibkości i zręczności, zimna, ledwo widoczna poświata zatarła ich kontury. Na dole szumiał sosnowy las. Ręce uniosły się i zastygły. Wiatr mocniej szarpnął szatą. Oczy maga zamknęły się.
Czerń w jego umyśle drgnęła i rozdarła się na dwoje. Wysunął się przez tą szczelinę i popłyną. Przestrzeń dookoła niego pulsowała powoli i rytmicznie. Wszędzie pełno było nici i smug o nieopisanych kolorach. Zdawały się rozrzucone chaotycznie i bez celu, lecz mag wiedział, że tworzą spójną całość, wielką pajęczynę istnień i energii. Zanurkował pomiędzy najbliższą mgławicę pasem i rozejrzał się bacznie. Jedna z nici nie pasowała, łączyła dwa ośrodki, które nie powinny być połączone. Podleciał bliżej i zatrzymał się. Była wyjątkowo cienka i nadzwyczaj mocno naprężona. Podleciał jeszcze trochę i szarpnął. Trzymała mocno. To nie ludzka magia tu ją umieściła. Zastanowił się. W końcu obrócił się i szarpnął kilka drobniejszych i krótszych włókien. Pękły i pozwijały się. Teraz mógł spróbować szarpnął znowu, tym razem mocniej. Lina pękła. Poczuł ostry ból gdy jedno z pasem uderzyło w niego. Odczekał chwilę, aż ból minie. Wtedy zamknął oko i wrócił na swoje stare miejsce.
Oczy otworzyły się powoli. Przez chwilę spoglądały nieruchomo na coś odległego. Deszcz zmieszał się z krwią na jego czole i twarzy. Przez całą głowę, od pleców przez potylicę, ciemię, czoło, policzek i grdykę biegła paskudna szrama, znikając pod szatami na klatce piersiowej. Włosy na głowie, w miejscu gdzie ją przecinała były spalone. Niewiele brakowało by mag stracił jedno z oczu.
Krople deszczu bił o nagą skałę.


***


Karczmę wypełniał tłum ludzi. Wszyscy mężczyźni z wioski tłoczyli się przy dużych, biesiadnych stołach. Mało kto jednak pił piwo nie wspominając o jedzeniu, więc karczmarz był we wcale nie najlepszym nastroju.
-Zbiegowiska jakieś urządzają, porządnych klientów straszą... –mruczał nalewając Grumbenowi ciemnego piwa.
-Żeby tak który co zamówił...- odłożył chochlę i zamknął beczkę.
-Łaaaaaa...! Ale noc. Przez te koszmary oka nie zmrużyłem.- kupiec potarł rękami twarz.
-Wy też.- zaciekawił się karczmarz.- To coś znaczy, mówię wam. Będzie z tego jakaś bieda. To na pewno coś znaczy.
-Może. Ja stąd dzisiaj wyjeżdżam więc...-spojrzał na karczmarza i szybko odwrócił wzrok.- ...to nie moja sprawa. Jutro pod wieczór będę już z synami w Ymris.
-Może i tak. Co z tymi zapasami?
-Kiedy tylko ci hultaje skończą ładować wóz przyjdą po nie.- machnął ręką w stronę tylniego dziedzińca karczmy.- Przez tą oś musieliśmy go całkiem rozładować. Na szczęście nic się nie potłukło. Ale nie wiele brakowało!
-Piwa gospodarzu.- rzekł chłop i położył na stole trzy miedziaki.
-Co podać pańskim synom na śniadanie?- spytał karczmarz gdy skończył już nalewać piwo.
-Coś taniego. Już i tak straciłem tu za dużo pieniędzy.
Gospodarz skrzywił się lekko. Kupiec umiał się targować i zostawił zdecydowanie za mało pieniędzy jak na jego gust. Ale lepsze to niż nic. Odbił sobie na tym wędrowcu ze wschodu. Tacy zawsze chętnie otwierają sakiewki.
Jeden z chłopów przerwał rozmowę i odwrócił głowę. Na szczycie schodów stał szlachcic. W karczmie zaległa głucha cisza.


***


Erg szedł właśnie w stronę kuźni. Chciał kupić zbroję. Z małej uliczki po prawej stronie głównego placu wyszła grupka uzbrojonych mężczyzn, prowadzona przez zwalistego drwala.
Zatrzymał się. Z wszystkich uliczek dochodzących do placu dobiegały odgłosy kroków ludzkich. Liczne odgłosy. Odwrócił się na pięcie i biegiem ruszył w stronę spichlerza.
-Brać go!!! Potwór! Morderca!!!- kszyki zagłuszały jego własne myśli tak, że nie mógł wymyślić żadnego sensownego planu. Drogę do spichlerza zagrodził mu mężczyzna z krótkim mieczem i tarczą. „Najemnik.”- odgadł. W biegu dobył miecza i zaatakował. Przeciwnik gładko przyjął cios na tarczę i wyprowadził spod niej cięcie. Ostrze nakreśliło krwawą pręgę na brzuchu Erga. Odskoczył i znowu ciął. Przez te wszystkie lata w lesie wyszedł z wprawy. Tym razem ramię z tarczą ugięła się lekko. Erg ugiął nogi i walnął pięścią. Uniósł miecz i ciął kończąc walkę.
Krew szybko uciekała z rany na brzuchu. Podszedł do wrót spichlerza. Były zamknięte. Na plac wbiegało coraz więcej ludzi. Chyba wszyscy chłopi z okolicy. Mieli kosy, cepy, widły i sierpy. Zbyt wielu. Zbyt wielu. Oparł się plecami o wrota. Co robić? Zmienić się. Jeśli nie zabiłby wszystkich to przynajmniej drogo sprzedałby skórę. Nie, nie mógł. Tak rzeź nie miałaby sensu. Ale jak się dowiedzieli? Przecież dobrze się zabezpieczył. Kto mógł... Ten wędrowiec! Błysk w jego oczach. On coś zobaczył. Ale co? Jak?
Pierwsza fala była już tuż, tuż. Podniósł miecz do góry. Odtrącił widły i uchylił się przed cepem. Ciął. Bryzgnęła krew. Ktoś zawył.
-Zabić go. Zabić! To demon z piekła rodem. Śmierć!- krzyczał ktoś z tłumu.
Kosa śmignęła tuż nad jego głową. Wsparł się mocniej o drewniane wrota i rozciął szyję kolejnemu chłopu. Poczuł rwący ból w prawym udzie. Następny cios cepa powalił go na kolana. Zablokował niezdarnie wymierzone w siebie widły. Słońce odbiło się na ostrzu kosy.


***


Przez czerwoną mgłę widział nad sobą sylwetkę kupca. Morze głosów ucichło dookoła. W ustach miał pył.
-Dobij go!
-Zabij diabła!
-Zostawcie go!!! Odsuńcie się!- czyjś głos wzbił się nad inne.
-Nie zabijemy go. Będzie żył.
Nikt się nie odezwał. Pył szczypał go w oczy, więc je zamknął. Z ciemności dźwięczały melodyjne sylaby. Coś szarpnęło jego wnętrzności i zemdlał.


***


Leżał na skraju sosnowego zagajnika. Padał rzęsisty deszcz. Ubranie i włosy ociekały wodą. Mgła przed jego oczyma zaczęła się rozwiewać. Piekący ból szarpnął całym jego ciałem. Drgnął. Gdzieś w oddali rozległ się grzmot. Nadchodziła burza. Powoli uniósł się na łokciach. Cierpienie ciała zaczęło cichnąć. Coś znikło. Coś zostało mu wyrwane.
Obrócił głowę i rozejrzał się. W dole płynął wezbrany strumień. Nigdzie nie było widać traktu. Otaczała go dzicz. Krwotok z nogi ustał. Podniósł się ciężko z ziemi. Ubranie miał w strzępach.
Stok był dość stromy i schodząc wywrócił się parę razy. Stanął na dolę, by odpocząć chwilę. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Rozejrzał się. Jak okiem sięgnąć wszędzie widział wzgórza i małe zagajniki. W postaci wilka byłoby łatwiej. Spojrzał w wewnątrz siebie. Ale to czego szukał, to co tkwiło w jego duszy od tak dawna znikło. Chciał zawyć, ale zabrakło mu powietrza w płucach. Upadłby gdyby nie wsparł się na szarym głazie.
Stał tak, a deszcz wzmagał się coraz bardziej. W końcu podniósł głowę i ruszył w dół strumienia. Gdzieś po drodze znalazł solidny kij i wspierając się na nim, sunął po kamienistym podłożu.
Dzień po dniu, mijały w samotności i bólu. Był głodny i zmarznięty. Nie miał sił by polować, czy choćby rozpalić ogień. Deszcze zamieniły glebę w śliskie i grząskie błoto, które grubymi warstwami osiadało na jego ubraniu. Trzeciego dnia wyszedł z pomiędzy wzgórz i stanął na brzegu szerokiej rzeki. W oddali, na tle szarego nieba zobaczył słupy dymu.
Tę noc spędził w małej jaskini wyżłobionej przez nurt rzeki. Długo nie mógł zasnąć zastanawiając się co zrobić. Deszcz ustał, a z północy powiał mroźny wiatr. Szła zima. Zdecydował.


***


Rian przerwał pracę i spojrzał w niebo. Nareszcie przestało padać. Żył na tym świecie już parę ładnych lat, ale nie pamiętał by deszcze kiedykolwiek trwały tak długo.
-Pięć dni bez przerwy.- szepnął.- Dzięki losowi, że przestało.
Oparł się na motyce i przetarł czoło brudnym rękawem. Został mu jeszcze ładny kawałek pola. Gdyby nie pogoda już by kończył. Tak. Podobno na północy klimat był łagodniejszy. Było ciepło i nigdy nie zdarzały się powodzie. Ale to była jego ziemia. Wilgotna, chłodna i smagana zimnymi wiatrami od górskich przełęczy. Kochał ją mimo to, a czasami i za to. Jej zapach, ostry i tak żywy, jej kolor, czarny jak morze sztormowe.
Wiatr kołysał czubkami sosen. Zmrużył oczy. Tak, nie mylił się. Ktoś szedł drogą. Wyprostował się i wsparł mocniej na motyce. Postać zbliżała się powoli. Kulała i musiała wspierać się na grubym kiju. Poszarpane ubranie targał wiatr. Nie był pewien, ale chyba widział ciemniejsze plamy na spodniach i koszuli.
-Grifa!- krzyknął.- Przynieś widły!
Z chaty wybiegła żona chłopa i pobiegła w stronę stodoły. Już po chwili stała z widłami u boku małżonka.
Wędrowiec podszedł powoli i stanął w odległości dwudziestu kroków. Podniósł głowę. Twarz miał umazaną błotem i umęczoną. Wyglądał jakby nie jadł od wielu dni.
-Czego chcesz?- spytał ostro chłop.
Oczy obcego wpatrywały się w jakiś punkt za nimi.
-Czego tu szukasz włóczęgo?
-Nie jestem włóczęgą.- głos dobywał mu się z wnętrza gardła niczym z głębokiej studni.
-Chciałem kupić trochę jedzenia.
-Masz pieniądze?- zakpił chłop.
-Zapracuję. Muszę odpocząć parę dni, a potem odrobię.
-Musi odpocząć parę dni!- krzyknęła gospodyni.- A to dobre!
-Odpracuję. Daję słowo.- westchnął przybysz, a w jego oczach pojawił się dziwny błysk.
Wiatr szarpał ich ubraniami. Łachmany wędrowca tańczyły w powietrzu.
-Nie ma tu miejsca dla takich jak ty.- powiedział chłop podnosząc wyżej głowę.
Szaty wędrowca gwałtownie załopotały. Kobieta krzyknęła przerażona. Jej mąż leżał z głową rozbitą kamieniem.
-Nie!!! Rian!!! Ty sukinsynu, zabiję cię!- podniosła się i kontem oka zobaczyła lecący koniec kija. Padła ciężko na ziemię z pogruchotaną szyją.
Erg wsparł się ciężko na kiju. Dyszał i szarpały nim mdłości. Gdzieś między odległymi wzgórzami zawył wilk, a on poczuł jak coś w nim szarpie się i jęczy doprowadzając go do szaleństwa. Ostatkiem sił dowlókł się do chaty.


***


Widział Ryta i Ghara jak przemykają między drzewami. Mgła zaścielała dno lasu. Delikatny wietrzyk kołysał czubkami smukłych sosen. Jartha leżała skulona pod wielkim dębem. Nos wtuliła w biały puch swojego ogona. Uszy obracały się, każde w innym kierunku. Słuchała. Półprzymknięte oczy wpatrywały się w niebo. Wiatr rozwiał mgłę. Wilczyca uniosła łeb. Chmura zakryła księżyc. Coś nadchodziło ze wschodu. Coś zmierzało w ich kierunku. Las szumiał cicho.
-Jartha...- Erg ocknął się, był cały spocony. Po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. Ciemna, martwa chata zdawała się wpatrywać w niego pustymi oczodołami okien i drzwi. Czekała.
-Coś nadchodzi.- szepnął bardzo, bardzo cicho.


***


Słońce stało już wysoko, gdy zza kolejnego wzgórza wyłoniła się osada. Gęsty dym, szarymi strugami wzlatywał w niebo. Okoliczne pola pokrywały ścierniska, nad którymi kołowały jastrzębie. Na horyzoncie widniała daleka wstęga lasu.
Krąg drewnianych zabudowań zamknął się dookoła wędrowca. Ciche chaty i stodoły wypchane sianem i zbożem. Na środku małego placyku, przy którym stała gospoda, była jedyna we wsi studnia. Trzy kobiety z wiadrami w milczeniu czerpały wodę. Chmury z północy znowu zakryły słońce.
Drzwi do karczmy były nieco poniżej poziomu gruntu. Prowadziły do nich strome schodki. Same drzwi wykonane były z misternie rzeźbionego dębu i zapewne mało kto w tej wsi potrafił docenić ich piękno. Aż kłuło w oczy. Co, coś tak pięknego może robić w takiej wsi?
Zawiasy zaskrzypiały kiedy otwierał drzwi. Wnętrze było równie ciche jak sama wieś. Jeden, samotny kaganek kołysał się u stropu, który popodpierany był licznymi belkami. Podłogę wyściełała słoma. Stare krzesła i stoły stały czekając na gości. Długi szynkwas, tak jak drzwi wejściowe, świadczył o minionej świetności tego lokalu. Misterne rzeźbienia pokrywały cały bok i część blatu. Na pólkach stało parę mniej lub bardziej zakurzonych butelek. Ktoś pchnął drzwi na drugim końcu sali i wszedł do środka.
Niski mężczyzna w podeszłym wieku minął kilka stołów i przystanął zauważywszy przybysza.
-Tak?- zapytał i po chwili, jakby przypomniawszy sobie o czymś dodał.- Czym mogę służyć?
-Pusto tu.- rzekł nieznajomy.
-Pusto. A jakże? Rzadko gościmy przyjezdnych. Podać coś?
-Gościmy? Masz rodzinę?- zapytał wędrowiec.
-Mam żonę. Ale co to ma do...
-Dzban wina i jakąś pieczeń.- przerwał mu tamten.- Dobrego wina i ciepłą pieczeń.
Tjan, starszy i zmęczony życiem mężczyzna odziedziczył tą karczmę po swym ojcu. Od trzydziestu lat żył tu wraz z żoną. Nie mieli dziecka choć bardzo tego pragnęli. Tjanowi nie podobał się ten przyjezdny. Zadawał dziwne pytania i w jego głosie brzmiała taka pustka. Taka...beznadziejność. Ciarki przebiegły mu po plecach. Cóż, interes. Rzadko miewał tu gości z poza wioski. Czasem jakiś myśliwy, rzadziej kupiec z zachodu. Włóczędzy się zdarzali, ale nigdy nie mieli pieniędzy. A on je miał.
Gospodarz nastawił na piecu gulasz, który wraz z żoną mieli zjeść jutro i zszedł na dół do piwnicy. Skrzesał ogień i ruszył w dół krętymi schodami. Piwnica była niewielka i wyryta w ziemi. Wybrał beczkę i zaczerpnął wina.
Wędrowiec jadł powoli, dokładnie przeżuwając każdy kęs i popijając małymi łykami wina z miedzianego kielicha. Co jakiś czas brał dzban i dolewał do pustego naczynia.
Przed karczmą dał się słyszeć jakiś ruch. Najpierw stukot kopyt i ludzkie pokrzykiwania, potem turkot kół i świśnięcia bata. Po chwili drzwi do karczmy stanęły otworem. Płomień naftowej lampy wiszącej przy niskim suficie zakołysał się gwałtownie od podmuch powietrza z zewnątrz. W drzwiach stał wysoki mężczyzna o ciemnej karnacji. Nosił szpiczastą, czarną bródkę i długie zakręcone wąsy tegoż koloru. Na głowie miał biały turban. Rękawy i nogawki szat miał bufiaste, buty z zawiniętymi do góry czubkami, u szerokiego wysadzanego złotymi guzami pasa wisiał wspaniały długi miecz z wysadzaną klejnotami rękojeścią i jelcem. Całość utrzymana była w kolorach szarości i błękitu.
Przybysz zamknął za sobą drzwi spojrzał na karczmarz i zmarszczywszy swe gęste brwi spytał.
-Karczma czynna gospodarzu?- W głosie nieznajomego nie pobrzmiewał żaden akcent, co w zestawieniu z jego egzotycznym wyglądem było dość niezwykłe.
-A i owszem, czynna. Czy mogę służyć?- zagadnął karczmarz.
-Wieczerzę dla dwudziestu ludzi, trzy najlepsze pokoje i stajnie.
-Tylko trzy pokoje?- zdumiał się karczmarz.
-Tak. Eskorta pójdzie spać do stajni i na strych. Woźnice przy wozach. Jeden pokuj dla mnie jeden dla dowódcy moich najemników i jeden dla mojej osobistej eskorty. Ten ma być dwuosobowy.
Wyrecytował z widoczną nutą rozdrażnienia w głosie przybysz i rzucił karczmarzowi groźne spojrzenie.
-Czy życzy pan sobie coś konkretnego na wieczerzę?- spytał niepewnie, zbity z tropu karczmarz.
-Dla mnie i mojego dowódcy pieczeń z dzika. Moja straż po talerzu zupy warzywnej, chleb i ser. Dla reszty gulasz.
-Zupa warzywna?- upewnił się gospodarz.
Przybysz zaczął wyraźnie tracić cierpliwość.
-Tak. Mam ci jeszcze powiedzieć na czym masz to podać i gdzie?- spytał groźnie siadając na krześle przy wybranym stole.
-Nie panie.- karczmarz miał ochotę zapytać jeszcze o zapłatę, ale widząc minę gościa i jego rękę spoczywającą na rękojeści pięknego miecza postanowił odłożyć to na później.
-Przepraszam panie.- wymamrotał zamiast tego i wycofał się by przygotować wieczerzę.
Przybysz odprawił go gniewnymi pomrukiwaniami i odwrócił się w stronę okna. Na jego twarzy malowało się zmęczenie. Myślał o czymś, kiedy spostrzegł mroczną sylwetkę wędrowca w kącie.
Przypatrywał mu się bacznie przez jakiś czas i widać miał zamiar się odezwać, ale do karczmy wszedł jeden z pachołków i wywołał go w jakiejś sprawie na zewnątrz.


***


Na dworze zapadła ciemna noc. W mroku drzew stary puchacz wyśpiewywał imiona dawno zapomnianych duchów. Strumień szemrał między skałami u podnóża pagórka na którym stała wieś. Okna karczmy płonęły jasnym blaskiem.
W kominku trzaskały wielkie palona, z kuchni dolatywał subtelny zapach pieczeni i mocno słodki aromat wina. W dobrze oświetlonej dziś sali jadalnej było tłoczno. Dwudziestoosobowa załoga karawany stanowiła tylko część gości. Na wieść o przybyszach ze wschodu chłopi i łowcy z paru okolicznych wsi ściągnęli tłumnie, by przysłuchać się opowieściom z dalekiego wschodu.
Tamar z łaski Wishnu, bogaty kupiec i właściciel tej karawany, siedział w zacisznym kącie przy okrągłym stole i przyglądał się obojętnym wzrokiem najętym przez siebie w zachodnim Ram’ad’aor wojownikom. Od czasu do czasu spoglądał ukradkowo w stronę cichej postaci skrywającej się w odległym kącie sali, gdzie karczmarz nie zapalił kaganków. Raz wzrok Tamara napotkał spojrzenie lodowatych i... pustych oczy tamtego. Wędrowiec był w jakiś sposób niezwykły. Kupcowi ze wschodu przypominały się bajania o potępionych... ale oni mieszkali na cmentarzach skąd wypuszczali się tylko nocą, a tamten siedział tu od późnego południa.
Erg otrząsnął się z rozmyślań i niczym ostra lodowa góra wyłonił się z mroków swego umysłu. Jego wzrok napotkał na chwile spojrzenie smutnych oczu kupca ze wschód. Bardzo smutnych mimo tak opanowanego wyrazu twarzy. „Szlachcic”- pomyślał Erg i skinął na karczmarza by dolał mu wina.
Zastanawiał się dlaczego tak długo siedzi w tej sali. Czy mimo tego co mu zrobiono pragnął towarzystwa ludzi? Nie, raczej nie, on po prostu nasłuchuje jakichś wieści ze wschodu, może uda mu się ustalić gdzie dokładnie jest i jak może trafić z powrotem do rodzinnego lasu. Wiedział jednak, że mało prawdopodobne jest iż kupcy ze wschodu mogą znać jego rodzinne strony, leżały zbyt daleko na zachód.
Wtem jego uwagę przyciągnęła rozmowa prowadzone przy pobliskim stole. Przy misie z kaszą i kiełbasą siedziało kilku członków karawany i dwóch mężczyzn wyglądających na myśliwych.
-Tałatajstwo pleni się po całych górach.- wymruczał jeden z myśliwych.
-Jak tak dalej pójdzie to nawet przełęcz Thontaru przestanie być bezpieczna dla karawan.- dorzucił drugi.
-Parszywe orcze plemię.- mruknął pierwszy i pociągnął łyk piwa.
-Słyszałem, że w Starym Azgartcie mają sposób na to cholerstwo- Teraz mówił ciemnolicy przybysz ze wschodu.
-Podobno mają tam specjalną armie, która tępi orków w Górach Środkowych.
Erg poruszył się niespokojnie i ruch ten nie umknął uwagi Tamara.
-Ciekawe. I co? Kto im płaci? Kupcy?- uśmiechnął się z niedowierzaniem pierwszy traper.
-Nie. Są na służbie Starego Króla, ale podlegają Zakonowi.
-Jakiemu zakonowi?- zakrzyknęli niemal obaj myśliwi.
-Co, wy w tym Karcie już kupców nie macie? Wieści do was nie dochodzą?- oburzył się jeden z wojaków.
-Nie przychodzą, nie przychodzą. A teraz gadaj, bośmy ciekawi. Co znowu za zakon wojakami trzęsie? Przecie to być nie może. Co by klechy mieczowcami sharthowały.
-Bo nie klerycy to, ale magowie. Zakon Czerwonej Róży. Pojawili się trzy lata temu i w siłę szybko wzrośli. Mówią, że z pradawnych obrządków się wywodzą i że złe będą tępić. Jak chcecie znać moje zdanie to dobrze, że orki tępią, ale niczego innego dobrego z niech to nie będzie. Tacy zawsze jak do władzy dojdą to bzika dostają i wariują- Przybysz splunął siarczyście na podłogę i na wschodnią modłę zaplótł ramiona w gniewnym geście.
Erg oparł się o ścianę i zmarszczył brwi. Kart to wschodnia nazwa Północnego Pustkowia. To oznaczało, że jest u podnóża gór Mirta, na wschód od Trollich Moczar i na północny wschód od Wąwozu Dusz. Nie miał pojęcia jak mógł trafić tak daleko. Pokonanie samej Równiny Azgara zajęłoby parę miesięcy. W grę wchodziła tylko bardzo silna magia.
I jeszcze ten zakon. Tępiciele zła ze Starego Azgartu. Czy możliwe, że jeden z nich zapuścił się brzegami Osse do jego rodzinnych stron, wyśledził go i ograbił z dziedzictwa?
Jeśli tak... Walczyły w nim dwie myśli. Pierwsza, by jak najszybciej wrócić do Wschodniej Puszczy i ostrzec braci przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Druga, by wytropić maga, który go okaleczył i zniszczyć go za to co zrobił. Tak.
Głupiec sądził, że rzucając go tu, skarze go na cierpienia aż do śmierci i pozbędzie się na zawsze. Zabawił się jego kosztem folgując swoim sadystycznym zachciankom i sądzi, że jest bezpieczny, bo jego ofiara, okaleczona i ułomna, słaba i nieprzystosowana, znajduje się na odległych pustkowiach, skąd nigdy nie wróci i gdzie będzie męczyć się, aż pozbawiona dziedzictwa, bez duszy i mocy umrze z wycieńczenia i zgryzoty. Cóż...
Jedno nie dawało mu spokoju. Dlaczego mag go nie zabił. Jeśli rzeczywiście należał do zakonu, to z tego co mówił człowiek ze wschodu, ślubował tępić „zło”. Dlaczego go nie zabił, tylko okaleczył? Czy w grę wchodziło tylko sadystyczne usposobienie? Magowie...
Tamar podniósł głowę. Nad nim stał wędrowiec o pustym spojrzeniu. Z bliska wydawał się o wiele większy i jeszcze bardziej dziwny.
-Jedziesz na wschód?
Kupiec zmrużył oczy
-Jadę.
-Do Azgartu?
-Do stolicy- przytaknął powoli Tamar.- Potem do Sh’ar, Kul i Hithim.
-I z powrotem przez Thontar?
-Tak.
-Daleka podróż kupcze. I niebezpieczna.
-Może i tak. Czego chcesz człowieku?- To wścibstwo poczęło irytować Tamara.
-Zwą mnie Erg- Nie widział powodu by nie podawać swego prawdziwego imienia, w końcu kupiec nie był magiem.
-Chciałem nająć się do ochrony, aż do Stolicy.
-Chcieć możesz. Ale czy umiesz walczyć?
-Daj miecz, a udowodnię.
-Ha!- ryknął niemal kupiec. Czuł dziwną mieszankę irytacji i ciekawości.
- Chcesz nająć się na ochroniarza, a nie masz broni. Straciłeś ją. Może ci ukradli? A może nigdy jeszcze nie miałeś.- drwił dalej Tamar.
Erg odwrócił się i podszedł do jednego ze zbrojnych. Płynnym ruchem, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, wyszarpnął miecz z jego pochwy i wyrżnął pięścią w podbródek zrywającego się właściciela oręża.
Ludzie kupca byli dobrze wyszkoleni. Po chwili już trzech zachodziło go z trzech różnych stron. Erg nie chciał walki, ale musiał dostać się z powrotem do Azgartu. Pierwszemu rozciął niegroźnie policzek i kopnął w brzuch. Dwóch następnych posłał na ziemię trzema ciosami zadanymi płazem miecza. Następnie przeskoczył nad stołem i wycelował miecz w gardło zdziwionego kupca.
-Zabijesz mnie?- spytał unosząc wysoko głowę Tamar.
Erg opuścił miecz, podrzucił go do góry, złapał palcami za płaz i rękojeścią do przodu podał kupcowi.
-Nie. Szukam pracy. Nie śmierci z rąk dwudziestu ludzi.- wskazał skinieniem głowy za siebie.
-Dobrze więc. Masz pracę. A ty- Tamar wskazał wojaka, któremu Erg odebrał broń.- oporządzasz konie i bierzesz pierwsze czaty przez najbliższy tydzień.


***


Erg zważył w dłoni nową broń.
-Nie mamy żadnych wolnych mieczy.- powiedział mu Tamar wydobywając z kufra szczelnie zawinięty natłuszczonymi szmatami podłużny pakunek.
-Te Sefiry wieziemy na sprzedaż do Sipsy.- Odwinął powoli szmaty i rzucił Erghowi zakrzywione, szerokie ostrze długie na ponad metr.
-Tamtejsza szlachta bardzo je sobie ceni. To dobra broń, szybka i zabójcza.
-Czemu więc sam takim nie walczysz, ani nie wyposażysz w nie ludzi?- spytał podnosząc wzrok znad ostrza i unosząc prawą brew Ergh.
Tamar zaśmiał się perliście.
-To za dobre ostrza jak dla tych psubratów. Każde z nich warte jest tyle co dobry niewolnik.
-Ja natomiast- tu uśmiechnął się lekko- wole mój miecz.
-Czemu uważasz, że ja na tą broń zasłużyłem?- powiedział cicho Ergh, a w kącikach jego ust pojawił się lekki uśmiech.
-Bez zbytniej skromności.- zaśmiał się kupiec- Kimru to jeden z moich najlepszych ludzi, a ty zabrałeś mu miecz jakbyś brał go ze stołu.
Mówiąc to roześmiał się szczerze.
-Sam widok godzien jest tego ostrza. Poza tym nie powiedziałem, że ci je daje. Zapracujesz na nie.
-Sprawdźmy więc co chce kupić.
Teraz obaj wojownicy mierzyli się wzrokiem.
Ergh uniósł ostrze do oczu. Dziwny kształt klingi z początku zdawał się przeszkadzać, broń zachowywała się całkiem inaczej niż miecze, którymi władał do tej pory. Powoli jednak zaczynał dostrzegać jej zalety, a im dłużej trzymał broń, tym większej nabierał ochoty, by zadać nią cios. Ostrze zdawało się samo skakać do przodu.
Stanęli naprzeciwko siebie. Tamar uniósł srebrzyste ostrze swego rapiera na wysokość serca Ergha i zaatakował. Jego powolne z początku ruchy, z każdym ciosem stawały się szybsze i pewniejsze, aż wreszcie Ergh musiał wysilać się ze wszystkich sił, by odpierać jego błyskawiczne ataki, samemu nie mając czasu na riposty. Broń jednak spisywała się znakomicie. Mimo iż klinga Tamara zdawała zamieniać w pędzie w rozmazaną wstęgę srebrnego światła, ostrze Ergha z gwizdem i warkotem odbijało każdy cios. Na twarzy kupca odmalowało się wyraźne zdziwienie. Chwila nieuwagi drogo by go kosztowała, Ergh zamachnął się sefirą ukośnie od dołu i cios z pewnością rozciął by w paskudny sposób udo kupca. Ergh miał zamiar zatrzymać brzeszczot w ostatniej chwili, lecz rapier Tamara w zadziwiający sposób wykręcił w powietrzu błyskawiczny łuk i niemal zmaterializował się przy klindze jego sefiry. Ostrza uderzyły o siebie i w równie niewiarygodny sposób kupiec wytrącił broń z ręki Ergha.
Ten cofnął się o krok w tył i szeroko otwartymi oczami spojrzał na przeciwnika, próbując zrozumieć co się właściwie stało. Jakim sposobem ten kupiec zdołał sparować taki cios i wytrącić mu broń z równą łatwością, z jaką on odebrał wczoraj miecz Kimru.
Na twarzy Tamara także malowało się wyraźne zdziwienie.
-Od bardzo dawna nikt nie zadał mi takiego ciosu.- powiedział opuszczając swe ostrze.
-Nie wiem gdzie nauczyłeś się tak walczyć, ale niech mnie diabli porwą i zawloką do piekła, jeśli nie jesteś wart tego ostrza. Daje ci je darmo.
Kupiec skłonił się lekko.
Ergh dalej mierzył go pełnym niepewności i... wrogości spojrzeniem.
-Kim ty jesteś?- zapytał w końcu marszcząc brwi i spoglądając z dziwnym błyskiem w oku. Na widok tego błysku krew stężała w żyłach kupca.
-Zwykłym kupcem przyjacielu.- odrzekł po chwili pełnej napięcia.
-Dużo podróżowałem i nie raz musiałem bronić swego dobytku.- wzruszył nieznacznie ramionami.
-Nie nauczyłeś się tego walcząc ze zbójami i orkami po gościńcach.
-Taak. Cóż, jeśli masz u mnie służyć... Przebywałem przez pewien czas na północy...
-Pod Narmor?
Tamar był wyraźnie zdziwiony. Ten człowiek bywał w świecie, pomyślał. Może być bardzo przydatny na zachodzie.
-Tak. Walczyłem po stronie barbarzyńców z kraju Ognistej Góry. Przez dwa lata kampanii, o ile można tak nazwać tamten chaotyczny i wyniszczający marsz w głąb piekieł, walczyłem ramie, w ramie z białogłowymi olbrzymami z północy, zmierzając do przeklętego Narmor, a potem przedzierając się z powrotem.
Tamar wcale nie przesadzał nazywając krainę nad którą panowali Władcy Narmor piekłem. Dzikie, jałowe pustkowia zamieszkane były przez wszelkie plugastwo tego świata, które skryło się tam przed wiekami, uciekając przed potęgą dawnych ludzi. Ostatnio jednak zaczęło z powrotem rozpełzać się po świecie i dwanaście lat temu zniecierpliwieni ciągłymi napadami Varhalowie postanowili urządzić wyprawę w głąb Czarnej Ziemi i wytłuc tyle plugastwa ile tylko zdołają, odbierając tym samym ochotę stworom z Narmor na jakiekolwiek napady na ich osady.
Niestety wyprawa okazała się dużo trudniejsza niż przypuszczali. Zanim dotarli pod Bramy Piekieł, jak nazywano wrota Narmoru, przez trzy miesiące marszu przez pustkowia i bagna, nękani byli bez ustanku atakami przeróżnych istot, o których istnieniu ludzie dawno już zapomnieli. Nie to było jednak najgorsze, gdyż Varhalowie z dawien dawna przywykli do wojny, a od pewnego czasu zdarzało im się walczyć nie tylko z ludźmi i orkami. Wyniszczały ich jednak powoli choroby, głód i nieprzyjazny klimat. Ciężko było o czystą wodę i normalną strawę, a ich szamani nie znali lekarstw na dolegliwości jakim ulegali na Nieczystej Ziemi.
Kiedy, po niemal dziewięciu miesiącach marszu, dotarli pod mury Czarnej Cytadeli, przyszło im zetrzeć się z dwakroć liczniejszym, wypoczętym i dobrze odżywionym przeciwnikiem, którego na dodatek wspierała moc siedmiu Lordów Narmor.
Bitwa była ciężka i zaledwie garstka z tych co wyruszyli na wschód powróciła, by opowiedzieć o porażce i potędze w jaką wzrośli Władcy Przeklętej Ziemi.
-Tam zdobyłeś tę klingę?
-Tak...-oczy kupca zwęziły się, jego wzrok zdawał się błądzić daleko w czasie i przestrzeni.


***


Wrócili do tej rozmowy trzy dni później . Siedzieli przy małym ognisku, wszyscy wojownicy eskorty dawno już spali i tylko samotny wartownik czuwał oparty o wóz kilkanaście metrów od nich. Nie ruszał się od jakiegoś czasu. Tamar był niemal pewny, że zasnął i w normalnej sytuacji skarciłby go za to surowo. Dziś jednak chciał rozmawiać z Erghiem sam, na sam.
-Kiedy doszły mnie słuchy, że Varhalowie chcą ruszyć na Czarną Ziemię serce się we mnie uradowało. Miałem swoje powody by nienawidzić Czarnych Lordów...
-Nie tylko religie- dodał po chwili ledwie słyszalnym szeptem.
-Z początku myślałem o Varhalach jak o dzikusach, miałem ich za niewiele lepszych od orków. Byli brutalni, posępni i dzicy. Łatwo wpadali w gniew, rzadko się śmiali. Byli obcy. Wiesz o czym mówię jeśli widziałeś kiedyś jednego z nich.
Długo trwało nim znaleźliśmy wspólny język, lecz trudy i wspólna walka dobrze uczą przyjaźni. Tam mogliśmy polegać tylko na sobie nawzajem. Z czasem nauczyłem się szanować ich za męstwo, honor i wytrwałość niespotykane u innych ludów. Potrafili maszerować dzień i noc, nie zważali na chłód, czy skwar, jedli to co mieli i, choć klęli pod nosem, żaden nie wspominał o powrocie. Jeśli Varhalczyk raz podejmie decyzje, wytrwa w niej do końca. Nie wiedzieli też co to strach. Nie raz widziałem jak małe grupki tych walecznych górali rzucały się na dziesięciokroć liczniejszego przeciwnika, śpiewając przy tym z radości.
Zimny powiew wiatru poruszył gałęziami wysokich sosen i zakołysał płomieniem ogniska.
-Na początku była nas wielka kupa. Prawie tysiąc górali i parę setek różnej zbieraniny, głównie z Równin Azgara, ale byli też najemnicy z Azgartu i Kulladu, a nawet paru ludzi z Archipelagu. Z początku marsz na zachód nie przysparzał większych trudności. Małe grupki orków pierzchały przed nami w popłochu, lub ginęły zmasakrowane przez żądnych krwi Varhalów. Stopniowo jednak, w miaręjak skręcaliśmy ku północy, poczęliśmy wkraczać na spaloną i jałową ziemi wroga. Coraz trudniej było o prowiant i wodę. Dziwne choroby poczęły szerzyć się w naszych szeregach. Zapadali na nie nawet najwytrzymalsi górale i wielu potężnych wojowników zgasło nim zdążyło okryć się chwałą na polu bitwy.
Nękały nas też najdziwniejsze stwory. Jedne podobne do ludzkich istot... inne nie. Przychodziły nocą i zabijały śpiących. Czasem spadały z nieba, czasem wypełzały spod ziemi. Czasem dostrzegano je w porę i zabijano z łuków, lub roznoszono na berdyszach, które upodobali sobie Varhalowie. Nie zawsze jednak. Bywało, że kilku ludzi ginęło we śnie nim spostrzeżono poczwarę.
To była droga przez piekło. Kiedy wreszcie stanęliśmy pod Wrotami Naromor niemal uradowaliśmy się ich widokiem. Niemal... Pod murami cytadeli czarno było od wojska nieprzyjaciela. Całe zastępy orków, jaszczuroludzi i innych jeszcze, okropnych istot czekały na nas, wypoczęte i pchane do walki grozą swych mrocznych władców. Czarni Lordowie chcieli zgnieść nas jednym potężnym uderzeniem. I udało im się to... Jednak nie od razu.
Do dziś pamiętam jak sterani drogą, głodni i wyniszczeni chorobami górale zareagowali na widok wroga. Każdy inny naród widząc siły dziesięciokroć liczniejsze od własnych upadłby na duchu, zwłaszcza po takim marszu. Ich twarze jednak rozpromieniły się jakby tam w dole, w czarnej niecce wyschniętego jeziora czekał ich dom, żona i dzieci, a nie hordy oszalałych z nienawiści i rządnych krwi bestii. Na widok ich zapału rosły serca i w innych członkach wyprawy.
Wszyscy ruszyliśmy do boju. Nawet ci którzy nie mieli odrobiny nadziei na zwycięstwo biegli do przodu. Zmęczeni i wygłodniali i tak nie zdołaliby umknąć pogoni i przedrzeć się z powrotem przez pustkowia. Tych, których nie popychała do przodu chęć walki ze znienawidzonym wrogiem popychał strach
Biegliśmy w duł zbocza, ramię przy ramieniu, z pobłyskującą w słońcu, obnażoną bronią. Czarna fala wrogich wojsk ruszyła na nas.
Była wśród nas mała grupka minotaurów z Thontaru. Ruszyli z nami w nadziei zdobycia wielkich łupów i okrycia się bitewną sławą. Dziwna ta rasa zdaje się nad wszystko pragnąć umrzeć w chwale. Dlatego, gdy biegliśmy do boju, w którym nie mieliśmy szans na wygraną, oni, jeszcze wyraźniej niż Varhalowie, zdawali się radować nadchodzącym starciem i pędzili przed siebie na spotkanie wroga jak opętani, rycząc i wydając złowrogie, gardłowe pomruki.
Zbiliśmy się w klin, którego czubek stanowili w pierwszym rzędzie minotaurowie, a tuż za nimi, wolniejsi w nogach, lecz nie w chęci Varhalowie. Z setek zahartowanych mrozem i trudem życia w górach gardeł wyrwała się pieśń i niczym grom wzbiła się ku niebu, a ziemia zatrzęsła się od ryku szarżujących minotaurów. Wpadliśmy w gęstwę wroga, siecząc i siejąc śmierć w jego szeregach. Pierwszym impetem swej szarży minotaurowie przebili się przez pierwszych pięć, czy sześć linii wroga, miażdżąc ich pod swymi kopytami i roznosząc na broni i rogach. To był wspaniały widok, godzien niejednej pieśni i obrazu.
Walka trwała długo. Padło wielu naszych, ale żaden nie sprzedał tanio swej skóry i powoli poczęła wzrastać w nas szalona nadzieja, że przy odrobinie szczęścia wroga armia odstąpi do twierdzy, a spora jej część może nawet rozpierzchnie się w popłochu. I może tak by się stało. Może udałoby nam się dokonać odwrotu i przedrzeć z powrotem ku ludzkim krają. Wtedy jednak, gdy szala zwycięstwa w cudowny sposób poczęła przechylać się na naszą stronę, z najwyższej wieży cytadeli rozległ się pojedynczy głos. Pamiętam do dziś jak lodowaty skurcz przeszył wszystkie moje członki i dotarłszy do serca poraził je strachem.
Głos zdawał się szeptać, lecz wyraźnie przebujał się nad zgiełkiem bitwy i docierał do uszu wszystkich walczących. Po chwili do głosu przyłączyło się kilka następnych, a dałbym głowę, że było ich razem siedem, i wtem w serca wroga poczęła wstępować nowa furia i chęć do walki. Ta scena do dziś, mimo że minęło ponad dwanaście lat, powraca do mnie w snach. Gdyby nie te piekielne szepty moglibyśmy wtedy wygrać. Wielu moich towarzyszy mogłoby nie polec tego dnia.
Ściany wrogiej armii poczęły napierać na nas ze zdwojoną siłą, i w końcu nasze szeregi poczęły się łamać. To był koniec bitwy...
Umazany posoką, zmęczony i krwawiący z kilku płytkich ran i otarć, przedzierałem się wraz z małą grupką najemników z południa ku obrzeżom niecki, próbując unieść głowę cało z piekła jakie rozpętało się po złamaniu naszych szeregów. Możesz mnie za to potępić, ale czułem, że nie jest mi pisane polec tamtego dnia, na tamtej jałowej, suchej ziemi. Na samym skraju wyschniętego jeziora jednak opadł nas spory odział jaszczuroludzi. Byli wyjątkowo rośli, a przewodził im dziwny człek, o smukłym ciele, ciemnej skórze i nienawistnym spojrzeniu. Mimo przewagi jaką nad nami mieli byliśmy zdeterminowani by wyrwać się z matni i z początku to my braliśmy górę. Lecz kiedy do walki wkroczył tamten dziwny człowiek o nieludzkich oczach sytuacja odwróciła się nagle. Zaczął siec nas jak barany. Poruszał się niewiarygodnie szybko i nikt nie był w stanie dosięgnąć go ostrzem. To był wspaniały szermierz.- oczy Tamara zaszkliły się.
-Jedynie ślepy traf uratował mi wtedy życie. Starłem się z nim i zrozumiałem, że mimo całego doświadczenia jakie do tej pory zdobyłem, muszę przegrać. Wtem jednak jaszczur, trafiony ciśniętym przez korsarza z Archipelagu puginałem, zwalił się za plecami mojego przeciwnika na ziemię i padając zahaczył swym ostrzem o jego łydkę, raniąc go lekko i wytrącając z równowagi. Skoczyłem i ciąłem. Ku memu ogromnemu zdziwieniu sparował mój cios ruchem tak szybkim, że nieuchwytnym dla oka. Kosztowało go to jednak utratę resztek równowagi i runął do tyłu wprost na kolce, którymi naszpikowany był pancerz jaszczuroczłeka.
Szala zwycięstwa znowu przechyliła się na naszą stronę. Przebyliśmy się i miałem ruszyć do ucieczki z innymi, gdy na ziemi, koło trupa mojego przeciwnika dostrzegłem ten miecz, którym zabił tylu moich towarzyszy, i od którego pisane mi było zginąć, a który dziś noszę przy pasie. Popychany niezrozumiałym impulsem, podniosłem go i pobiegłem za innymi.


***


Palono strzeliło w ognisku i parę iskier pofrunęło w niebo.
-Reszta to długie miesiące ucieczki, ukrywania się wśród zarośli i jedzenia wszystkiego co wpadło w ręce.-dokończył po chwili milczenia Tamar wpatrując się niewidzącymi oczyma w ogień.
-Ten miecz to moje jedyne trofeum z tej wyprawy. To piękna broń godna najlepszego szermierza. Nigdzie nie widziałem lepszej. Ale z chęcią oddałbym ją i wszystko co mam by zapomnieć o tym co widziałem podczas wyprawy na Czarną Ziemię.


Konor.
komentarz[3] |

Komentarze do "Wilk"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.


© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl


   Sonda
   W którym dziale trzeba więcej artykułów?
Bestiariusz
Przygody
Opowiadania
Zdolności
Przedmioty
Profesje
Postacie
Miejsca
Zasady
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Wilkołak
   Wiedźmin
   Elfia Wdzięcz...
   Chart
   Skarb Piramidy
   Tworzenie Pos...
   Świątynia Upa...
   Płomienie Smo...
   Dzieci Rogate...
   Zew Krwi

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.034116 sek. pg: