..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
   » Ogólne

   » Rozgrywka

   Szukaj
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0


Prastary las wrzał od hałasu. Nawet w odległości przeszło kilometra, pomiędzy wiekowymi drzewami dało się dosłyszeć piekielną orkiestrę bitwy: zderzającą się stal, łamiące się drewno, dartą skórę oraz wymieszane ze sobą okrzyki wojenne, zewy tryumfu i rżenie śmierci. I tak już od ponad półgodziny armia elfów i ich sojuszników ścierała się na szerokiej polanie, oraz pomiędzy drzewami ze zdawałoby się niezmierzoną liczbą zwierzoludzi oraz ich demonicznych dowódców. Patrząc z perspektywy czasu bitwa ta miała bardzo małe znaczenie. Nie wpłynęła na losy świata, ani kontynentu, ani nawet Imperium. Ale dla tych, co w niej walczyli zdawała się najistotniejszym konfliktem, jaki kiedykolwiek przetoczył się po tym smutnym szarym świecie...

Szerokie jak dłoń ostrze ze świstem opadło i jeleni łeb rozbryzgnął się na wszystkie strony. Mściwoj z chrzęstem pełnej zbroi płytowej odskoczył od padającego sześciorękiego ciała i uchyliwszy się od ciosu olbrzymiego topora uderzył od dołu, oburącz trzymaną bronią. Rozpruty od krocza po mostek stwór zawył dziko i upadł na ziemię obficie zraszając błoto własną krwią i trzewiami. Rozmiękła po długim deszczu ziemia nie chciała już ich przyjąć i w zrytym nogami gruncie zaczęła powstawać śmierdząca kałuża. Olbrzym zaparł się nogą i wyszarpną ostrze z ciała. Szybkim ruchem dłoni próbował otrzeć ciemną krew i pot z twarzy jednak, jako że rękawice miał również ubabraną we krwi to jedynie rozmazał ją po twarzy. Nie przejął się tym jednak, tylko szybko rozejrzał do koła. Bitwa ciągle wrzała w najlepsze. Bez trudu widział nieomal nagiego, zbryzganego ciemną krwią Verona Sanidsona, mimo że krasnolud mierzył niecałe półtora metra wzrostu, oraz był otoczony przez pierścień wrogów. Fontanny krwi zwierzoludzi powodowane przez szybkie ciosy jego krótkiego, ale masywnego topora były trudne do przeoczenia. Dostrzegł również blisko dwumetrowy, szczupły cień z olbrzymią szybkością mknący pomiędzy przeciwnikami i rozpoznał go bez trudu. Mściwoj chętnie zatrzymałby się na nim wzrokiem na dłużej, aby się przyjrzeć. Kostucha szybkimi, doskonałymi ciosami dwóch szabel odpłacającego się sługom Chaosu za cierpienie, jakie zadali mu ich kompanii. Następnie jego wzrok spoczął na postaci Kristofa i mimowolnie westchnął na ten zapierający dech w piersiach widok. Odziany w perfekcyjną zbroję płytową, niewysoki, szczupły kapłan wywijał ciężkim, dwuręcznym młotem z taką łatwością jakby ta ważąca blisko trzydzieści kilogramów bryła metalu była gałązką chrustu. Wraz z otaczającym go całunem z płomieni i światła było to jasnym dowodem na to, iż Sigmar wspiera swojego wiernego sługę. W końcu jednak wzrok mężczyzny spoczął na osobie, przez którą jego serce zabiło mocniej. Ediva, z elfią mieczo-włócznią, odziana w sygnowaną motywami róż zbroję paskową, która tylko uwydatniała jej kobiece kształty, była jak uosobienie piękna – miedziano-błękitna burza śmierci. Mściwoj westchnął uśmiechając się półgębkiem, wtem jednak dostrzegł jak jeden z przeciwników uniósłszy halabardę, próbuje zajść elfkę od tyłu.
- Grrr! – wyrwało się tylko ze ściśniętego wściekłością gardła ciemnowłosego. Jednym płynnym ruchem poderwał on z ziemi topór sześciorękiego i ująwszy go oburącz zamachnął się nim. Olbrzymia, nieforemna broń poddała się prawom rządzącym światem i obracając wokół własnej osi pomknęła w stronę zwierzoludzia. Trafiła go w plecy z taką siłą, że nie tylko oderwała ciało od ziemi, ale kawałek ostrza przebił mostek i ujrzał światło dzienne z drugiej strony...

Veron szarpnięciem wyrwał topór z ciała pokonanego zwierzoczłeka i wskoczył na nie nim jeszcze zdążyło znieruchomieć. Był zbryzgany krwią istot chaosu od podeszw stalowych butów, aż po końcówkę czuba, a blisko metrowej wysokości kopiec z ciał, na którym obecnie stał jasno dowodził, że to nie jego krew. Owszem, krasnolud miał mnóstwo większych i mniejszych ran, żadna nie była jednak na tyle poważna aby się nią przejął. Zamiast tego popatrzył krytycznie na swoją broń. Wyszczerbione ostrze przedstawiało żałosny widok.
- Szlag by to! – mruknął wyrzucając je i zdejmując z pleców drugi topór, tym razem obosieczny i przez to masywniejszy, choć na równie krótkim stylisku. Mimo, że drewno było również umorusane w posoce owijający je gruby drut sprawiał, że broń pewnie leżała w twardych dłoniach zabójcy. Sanidson nagle usłyszał za sobą jakiś dźwięk i wiedziony nagłym odruchem skoczył w bok. Olbrzymia, stalowa kula z kolcami z chrzęstem łańcucha uderzyła w miejsce, w którym przed chwilą stał masakrując leżące tam ciała. Krasnolud wiedział, że jakby go ten pocisk trafił byłby to jego koniec. Wiedział też, że żaden zwierzoludź nie byłby w stanie używać tak ciężkiej broni, dlatego nie zdziwił się zobaczywszy, kto dzierżył stylisko tego cepa. Była to bowiem istota blisko dwumetrowego wzrostu o szerokich barach, cała zakuta w pokrytą bluźnierczymi symbolami, smoliście czarną zbroję płytową. Oczy widoczne w szczelinach zamkniętego hełmu płonęły ogniem spaczenia i szaleństwa, a zamiast prawej dłoni istocie tej wyrastało kilkanaście ośmiorniczych macek, którymi owijała w pełni stalowy trzonek. Veron od razu rozpoznał jednego z demonów Chaosu i jedynie uśmiechnął się zadowolony. Nabrawszy powietrza w płuca ryknął okrzykiem bojowym, który przelał się nad zgiełkiem toczącej się wokół bitwy i co sił w krótkich nogach ruszył na zakutego w zbroję potwora. Sługa Chaosu zawarczał tylko nisko, po czym ściągnąwszy do siebie stylisko zatoczył ciężką kulą nad głową i posłał ją na spotkanie krasnoluda, Sanidson jednak skoczył tylko do przodu i uderzył w trzymające rękojeść łapska. Kilka odrąbanych macek opadło drgając na ziemię. Z zamkniętego hełmu dobył się jak najbardziej ludzki pisk bólu. Veron nie zwrócił jednak na niego uwagi i uderzył ponownie tym razem mierząc w klatkę piersiową. Od siły tego ataku demon wypuścił z łap stylisko i zatoczył się do tyłu. Gruba płyta na jego piersi wytrzymała jednak atak, wyginając się tylko. Krasnolud zaklął na ten widok i uderzył ponownie. Nagle jednak, nie wiadomo skąd, w normalnej dłoni jego przeciwnika pojawił się miecz, którego poszarpanym, brunatnym ostrzem zablokował uderzenie Zabójcy. Następnie odepchnąwszy go od siebie z urągającą krasnoludzkiemu ego łatwością, demon zamachnął się tnąc płasko. Miecz świsnął nad Sanidsonem, który wykonał unik w ostatniej chwili. Ścięty czub miękko opadł na ziemię...

Ze śpiewną modlitwą na ustach kapłan Sigmara uderzył trzymanym oburącz młotem. Wsparty siłą swego bóstwa, brodaty kapłan posłał trafionego człowieka-wilka w paraboliczny lot. Towarzyszący uderzeniu trzask łamanych kości, rozdzieranej skóry i mięśnie w przeświadczeniu Kristofa jasno dowodził, że ten przeciwnik już nie wróci. Nie miał czasu napawać się jednak swoim zwycięstwem, tym bardziej, iż w jego przeświadczeniu nie należało ono do niego, tylko do boga. Zamiast więc stać i się cieszyć, szpakowaty mężczyzna zakręcił tylko olbrzymim młotem nad głową i opuścił go na zakutą w zbroję sylwetkę, w której rozpoznał jednego z pomniejszych demonów. Głowa istoty, wraz z hełmem i kołnierzem po prostu wbiła się w barki ze zgrzytem giętego metalu i łamanych kości. Zobaczywszy jak ginie jeden z ich panów, najbliżsi zwierzoludzie cofnęli się, oglądając się z trwogą. Kristof nie dał im czasu na dojście do siebie. Z nową pieśnią na ustach i słusznym gniewem oraz pewnością w sercu skoczył w ich stronę wymachując młotem jak lekką gałązką. Potraktowane jego stalowym obuchem pomioty Chaosu padały jak muchy, ich ciosy zaś albo nie trafiały albo z niewielkim rozbłyskiem rozbijały się o płonącą magiczną osłonę kapłana. Chaos i zło musiały się ugiąć przed niezmierzoną potęgą porządku i dobra...

Krasnolud zawył z wściekłości i natarł na demona z całą furią. Ostrze topora zbiło sztych miecza, po czym gwałtownym ciosem trzasnął w opancerzone kolano. Krasnoludzka stal nie zdołała roztrzaskać chronionej magią zbroi demona, siła uderzenia była jednak na tyle duża, iż Veron usłyszał trzask łamiącej się kości. Rzężąc z bólu przeciwnik upadł na ziemię.
- No! – Sanidson zawył z zadowolenia, szybkim kopniakiem wytrącił demonowi miecz z ręki, po czym zakręciwszy toporem nad głową, opuścił go z całą siłą. Demon próbował się bronić zasłaniając głowę rękami, przez co zabójca musiał powtórzyć cios kilka razy. W końcu jednak ostrze topora wbiło się w hełm demona nieomal na całą szerokość. Kiedy to się stało oczy w szczelinach hełmu zabłysły nagle na biało i Veron poczuł zbierającą się wokół siebie magiczną energię. Szarpnął za stylisko wyrywając broń i zaczął szykować się do ucieczki. Nim jednak zdążył to zrobić czerwone światło zabłysło we wszystkich szczelinach demonicznej zbroi i na wszystkich runach. Potężna eksplozja zmiotła wszystko w promieniu kilkunastu metrów...




strony: [1] [2] [3]
komentarz[115] |

Komentarze do "Elfia Wdzięczność"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.


© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl


   Sonda
   W którym dziale trzeba więcej artykułów?
Bestiariusz
Przygody
Opowiadania
Zdolności
Przedmioty
Profesje
Postacie
Miejsca
Zasady
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Wilkołak
   Chart
   Wiedźmin
   Skarb Piramidy
   Elfia Wdzięcz...
   Świątynia Upa...
   Płomienie Smo...
   Tworzenie Pos...
   Dzieci Rogate...
   Słudzy Chaosu

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.021026 sek. pg: